PHOTO DIARY


Zawsze kiedy przychodzą wakacje, dopada mnie ta sama ambicja. Tworzę w głowie listę rzeczy, które koniecznie chciałabym zrobić, żeby później nie mieć poczucia straconego czasu. Gdzieś w tym wszystkim umyka mi jednak, że wakacje w dorosłym życiu wyglądają trochę inaczej. W końcu praca sama się nie zrobi, prania z każdym dniem jakby przybywa, a przecież trzeba jeszcze zrobić zakupy i ugotować coś dobrego – bo lato aż prosi się o wszystkie te sezonowe rarytasy. Szczytem mojej ambicji była w tym roku maszynka do lodów. Byłam przekonana, że będę robić je sama. Skończyło się jednak na planach i... nadal przy pierwszej lepszej wizycie w markecie robię zapas moich ulubionych lodów o smaku truskawkowego sernika.

 

A później siadam do przygotowania comiesięcznego Photo Diary i przeglądam te kilka kadrów, które udało mi się złapać gdzieś pomiędzy codziennością – najczęściej wtedy, kiedy przypominałam sobie, że za chwilę koniec miesiąca i dobrze byłoby mieć co opublikować. I właśnie wtedy uświadamiam sobie coś, co chyba umyka mi każdego lata. Największą radość i ten błogostan, za którym tak często lecimy na drugi koniec świata, odczuwałam u teściowej w ogrodzie, leżąc z książką, która wciągnęła mnie bez reszty. Albo nad rzeką, gdzie moja córeczka z zapałem doskonaliła sztukę puszczania kaczek – a ja ze zdziwieniem odkryłam, że... sama już prawie zapomniałam, jak się to robi. Dlatego po raz kolejny pozwolę sobie przypomnieć, że największe szczęście naprawdę mamy pod nosem. W tych chwilach, których nie planujemy i które najczęściej okazują się najcenniejsze. Rozsiądźcie się wygodnie i powspominajmy razem te ostatnie tygodnie.

MAMY W TELEFONACH TYSIĄCE ZDJĘĆ. DLACZEGO PRAWIE NIGDY DO NICH NIE WRACAMY?


Artykuł powstał przy współpracy z marką Desenio.

Nigdy wcześniej nie robiliśmy tylu zdjęć. Jedne wakacje potrafią zmieścić ich kilkaset - zachód słońca oglądany z pięciu perspektyw, poranną kawę wypitą na tarasie, lody z małej lodziarni, spacer po nieznanym mieście, dziecko biegnące po plaży. Jeszcze jedno ujęcie, bo światło było lepsze. Jeszcze kolejne, bo poprzednie wyszło lekko poruszone. Wracamy do domu z galerią pełną wspomnień i obietnicą, że kiedyś spokojnie do nich usiądziemy. Paradoks polega jednak na tym, że to "kiedyś" bardzo często nie nadchodzi. Zdjęcia znikają w folderze „wakacje 2026”, a my coraz rzadziej do nich wracamy. Zaczęłam się ostatnio zastanawiać, dlaczego właściwie tak się dzieje i czy nie próbujemy dziś zachować wspomnień... w najmniej trwały z możliwych sposobów.

 
 

THE LOOK: LETNIA STYLIZACJA Z LNIANĄ SUKIENKĄ


sukienka // dress – Reserved

okulary // sunglasses – MANGO

torebka // bag – IBELIV (303 Avenue)

klapki // flip flops – Decathlon

 

Jedno z moich ulubionych miejsc w Żywcu znajduje się nad Jeziorem Żywieckim. Odwiedzam je praktycznie przy każdej wizycie – nawet tej najkrótszej. Tego dnia było szczególnie upalnie. Temperatura w słońcu dawno przekroczyła 40 stopni, więc wizja delikatnej bryzy od jeziora wydawała się idealnym rozwiązaniem. Cóż – bardzo szybko okazało się, że byłam w błędzie. Mam wrażenie, że było tam jeszcze cieplej, niż pod orzechem w ogrodzie u mojej teściowej. Na szczęście mam w swojej szafie kilka sukienek, które świetnie sprawdzają się podczas takich upałów. Od kilku lat zwracam coraz większą uwagę na składy ubrań. Latem robi to ogromną różnicę.

Sukienkę z dzisiejszego wpisu upolowałam w Reserved. Była jeszcze w czerni (nie wiem co mnie pokusiło, żeby jej nie kupić) i świetnie mi się sprawdza. Sukienka wykonana jest w 100% z lnu a podszewka z bawełny. I ten pudełkowy krój, który daje sukience lekkości a mnie… przewiewu ;). Do tego japonki, w których chodzę niemalże bez przerwy i duży kosz – mój nieodłączny letni element.

PHOTO DIARY

 

Mam wrażenie, że czerwiec zawsze mija szybciej niż pozostałe miesiące. Ledwie zdążyłam nacieszyć się pierwszymi truskawkami, zapachem jaśminowca i długimi wieczorami, a już w kalendarzu pojawił się lipiec. A może to dlatego, że te ostatnie tygodnie były wyjątkowo intensywne? Było w tym wszystkim sporo żonglerki, aby dopiąć wszystkie ważne sprawy zanim nadejdzie upragniony urlop. Nie zawsze jednak udawało się wszystko tak jakbym chciała. Nie wszystkie sprawy udało się domknąć – musiały więc poczekać, ale pierwszy raz od dawna udało mi się w pełni wypocząć, a to przecież o to chodzi, prawda?

 

Czerwiec był prawdziwą mieszanką tego co lubię najbardziej. Było trochę pracy, trochę podróży po Polsce, rodzinnego czasu i wiele naprawdę pięknych chwil, które zostaną w mojej pamięci i rodzinnym albumie na długi czas – kilka udało mi się zebrać na zdjęciach w dzisiejszym wpisie. Zapraszam Was na kolejne Photo Diary.

 

THE LOOK: ŁEBA O ZACHODZIE SŁOŃCA

 

koszulka i jeansowa kurtka top & jeans jacket – H&M

spodnie // trousers – Mohito

klapki // flip flops – Decathlon

koszyk // basket bag – IBELIV

 

 

Polskie morze ma specjalne miejsce w moim sercu. Nie wiem, z czego wynika ten sentyment, ale ilekroć przychodzi do decyzji „gdzie jedziemy” mój mąż odpowiada „gdziekolwiek, gdzie jest ciepło”, a ja ze swoim niepoprawnym optymizmem przekonuję go, że przecież nad Bałtykiem też jest ciepło… ;).  Kiedy zarezerwowałam nam hotel, codziennie sprawdzałam prognozę z nadzieją, że jednak uda się zadowolić nas oboje – polskim morzem i hiszpańskimi upałami. Pech chciał, że im bliżej do wyjazdu, tym gorsza była prognoza… Na szczęście tylko na chwilę. Pierwsze dwa dni były chłodne, a później było idealnie! I cóż Wam mogę powiedzieć… dawno tak nie wypoczęłam!

 

Pierwszy raz obraliśmy inny kierunek niż dotychczas. Jak pamiętacie z ubiegłych lat, najczęściej wybieraliśmy okolice Trójmiasta / Półwyspu Helskiego. Tym razem jednak pojechaliśmy do Łeby. W otoczeniu lasu sosnowego, cudownych szerokich plaż i bez zasięgu (za wyjątkiem hotelowego wi-fi) – znacznie łatwiej było się „wyłączyć” i być po prostu tu i teraz. Ten dobrostan tak mocno mi wszedł, że jeszcze nigdy nie wróciłam z urlopu mając raptem kilka zdjęć nadających się do publikacji. Reszta trafi już tylko do rodzinnego albumu wraz ze wszystkimi cudownymi wspomnieniami, nowymi znajomościami (Ściskam Was Aniu ;* - widzimy się w Zieleńcu!) i opalenizną, której nie powstrzymał nawet filtr SPF 50 ;).  

 

Zostawiam Wam kilka kadrów z ostatniego zachodu słońca, kiedy to mój mąż pierwszy i zarazem ostatni raz chwycił za aparat. I zawsze zdumiewa mnie to, że chociaż jest tylko zwykłym amatorem fotografii, potrafi uchwycić mnie tak, jak nikt inny.

RZECZY, KTÓRE UMILAJĄ MI MAJOWĄ CODZIENNOŚĆ


Artykuł powstał przy współpracy z marką Newby Teas.

W ostatnim „Photo Diary” wspominałam o tym, że doglądanie ogródka to podobno ulubione hobby milenialsów. Jeżeli zaliczacie się do tej grupy, to zapewne zetknęłyście się już z rolkami typu poranna kawa w kapciuszkach w ogrodzie, na których ich autorzy sprawdzają, co zmieniło się przez noc. Dla jednych to absurd, dla innych rzeczywistość – same zgadnijcie, do której grupy się zaliczam! :)) A tak na poważnie (chociaż przecież od powagi na tym blogu raczej staram się stronić), im jestem starsza, tym bardziej łapię się na tym, że najwięcej dają mi zwykłe rzeczy. Doglądanie ogródka, radość z kwiatów, które udało mi się „wyhodować” na parapecie i które teraz mogę dumnie zasadzić w ogrodzie, czy wieczór z książką albo dobrym serialem.

 

Nadmiar obowiązków służbowych, zajęcia dodatkowe i wszystkie mniej przyjemne rzeczy do zrobienia sprawiają, że wieczorny obchód z wężem ogrodowym między donicami z warzywami i kwiatami działa na mnie wręcz terapeutycznie. Tak samo jak plewienie chwastów (widok odchwaszczonych grządek jest chyba największą nagrodą za poświęcony trud). I nie wiem, jak to możliwe, ale podlewanie i plewienie to jedyne czynności, podczas których naprawdę nie myślę o niczym innym. Szkoda tylko, że kiedy wieczorem kładę się spać, nie potrafię wyłączyć myślenia. Zamiast tego układam w głowie listy rzeczy do zrobienia, piszę w myślach wstęp do nowego artykułu albo analizuję, co jeszcze muszę kupić przed naszymi wakacjami…

 

Nie skupiajmy się jednak teraz na tym. Mamy maj – mój ukochany miesiąc. Pachnący bzem, pierwszymi piwoniami i wieczorami, które nagle robią się dłuższe. To właśnie te małe rzeczy zebrałam dla Was w tym artykule. Będzie domowo i spokojnie, więc zaparzcie sobie filiżankę herbaty (o tym też będzie) i zapraszam Was na chwilę tylko dla siebie :)

PHOTO DIARY


Wpis powstał przy współpracy z Newby Teas, Make Cooking EasierMarkslöjd oraz zawiera
promocję marki własnej - agencji kreatywnej Créama Studio.

Wiosna ma w sobie coś wyjątkowego, magicznego a zarazem tak bardzo ulotnego. Z dnia na dzień krajobraz za oknem robi się coraz piękniejszy, kwitnące na drzewach pąki sprawiają, że nawet zwykły spacer wygląda jak kadr z filmu, ale zarazem ich kruchość, delikatność i świadomość, że to piękno jest tylko chwilowe sprawia, że łatwiej mi zwolnić, zatrzymać się bez żalu i poczucia straconego czasu. I to właśnie w ten sposób staram się przeżywać te dni, których zwieńczeniem był weekend majowy – tak on również się załapał w tym podsumowaniu miesiąca, które znowu publikuję znacznie później niż zakładałam. Gdybym miała jednak znaleźć jedną rzecz, która była w tym miesiącu przełomowa to…

 

Była sobota, pierwszy majowy weekend i pierwsze naprawdę ciepłe dni w tym roku. Temperatury chyba pierwszy raz przekroczyły 20 stopni. Byłam akurat u teściowej w Żywcu. Wzięłam leżak, poszłam do ogrodu i postanowiłam dokończyć „Colette” - powieść, o której zresztą już kiedyś Wam pisałam. Zaczęłam ją czytać jakiś czas temu i mimo że byłam już naprawdę blisko końca, ciągle coś stawało po drodze. Wiecie, zawsze coś ważniejszego, pilniejszego. A później przychodził wieczór i zmęczenie robiło swoje. I wtedy wydarzyło się coś, czego naprawdę dawno nie czułam.

 

Siedząc w tym ogrodzie, tak mocno zanurzyłam się w tej historii, że kompletnie przestałam myśleć o wszystkim dookoła. Nie potrafiłam się od niej oderwać. Jakby wszystkie poboczne myśli nagle ucichły i została tylko ta powieść i ja. To było bardzo znajome uczucie. Kiedyś towarzyszyło mi właściwie przy każdej dobrej książce. Czytałam do późna, bo koniecznie musiałam wiedzieć, jak to wszystko się skończy. Nie umiałam odłożyć historii „na jutro”. I teraz, po bardzo długim czasie, znowu to poczułam. W końcu. I nawet nie wiecie jak mnie to ucieszyło. Od długiego czasu próbowałam wrócić do regularnego czytania – zawsze to uwielbiałam, ale w ostatnim czasie przychodziło mi to z trudem. No ale dobrze – wystarczy już tych zwierzeń! Podsumowanie miesiąca czeka! :) Zatem rozsiądźcie się wygodnie i zaczynajmy! 

 

THE LOOK: LEATHER JACKET



kurtka // jacket – Reserved

golf i jeansy // turtle neck & jeans – H&M

buty // shoes – Adidas

torebka // bag - Zara

 

Skórzane kurtki i marynarki zdecydowanie wiodą prym tej wiosny. Właściwie trudno ich nie zauważyć - pojawiają się wszędzie, od wybiegów po codzienne stylizacje na ulicach. I chociaż trendy zazwyczaj traktuję z dosyć dużym dystansem, to akurat ten bardzo przypadł mi do gustu. Już w zeszłym roku przymierzałam się do zakupu. Wtedy jednak bardziej chodziła mi po głowie skórzana marynarka. Ostatecznie jednak zdecydowałam się na kurtkę w czarnym kolorze.

 

Spodobał mi się jej fason, krótsza długość i dość odważny, jak na mój raczej zachowawczy styl, charakter. Bo to nie jest rzecz, która „znika” w stylizacji. Ona jest widoczna, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie dominuje, tylko raczej idealnie dopełnia całość i to chyba jest powód, dla którego skóra wraca co jakiś czas jako trend. Projektanci od lat próbują ją reinterpretować - raz bardziej surowo, raz w wersji eleganckiej. W tym sezonie widać to szczególnie mocno: skórzane elementy przestają być „ciężkie” i zaczynają funkcjonować jako bardziej  uniwersalne.

 

Dla mnie jednak najważniejsze jest to, że idealnie podkręca moje klasyczne stylizacje - jeansy, prosty top, coś bardzo bazowego. Ale jednocześnie, dzięki dość prostemu krojowi, świetnie dopasowuje się też do bardziej miękkich, kobiecych rzeczy. Zamierzam ją nosić do zwiewnych białych sukienek, długiej spódnicy, a nawet do rzeczy, które wcześniej wydawały mi się zbyt „lekkie”, żeby łączyć je ze skórą. A Ty masz w swojej szafie skórzaną kurtkę? Z czym najczęściej ją zestawiasz?

WIOSENNE STYLIZACJE: TRZY ZESTAWY, KTÓRE NOSIŁABYM NA CO DZIEŃ

Wpis zawiera linki afiliacyjne.

 

Pamiętam dokładnie jak w zeszłym roku o tej porze, chodziłam już w moich ukochanych klapkach od Flattered. Bardzo nas wtedy rozpieszczała ta pogoda, czego nie można powiedzieć o tegorocznej wiośnie. Codziennie rano zbierając się do przedszkola staję przed dylematem, czy powinnam założyć wełniany płaszcz, czy skórzaną kurtkę i później trzęść się z zimna… Tęsknota za ciepłem (tym zewnętrznym rzecz jasna) jest u mnie jednak na tyle silna, że trochę w formie manifestu – ostatecznie wybieram kurtkę, ale w ramach rozsądku zakładam pod nią golf. Na szczęście prognozy pogody na majówkę są bardzo obiecujące, więc chociaż przez tych kilka dni poranne dylematy zostawię w szafie :).

Póki co jeszcze bez zwiewnych sukienek (ale i na to przyjdzie czas), przygotowałam dla Was trzy zestawy stylizacji, które chętnie bym teraz nosiła – w tym jeden idealny na majówkę, bez względu na to czy spędzicie ją nad morzem, w górach, czy na spacerach po parku :). Który zestaw najbardziej wpadł Ci w oko?  

 

* * *

 

I remember perfectly how around this time last year I was already wearing my favourite Flattered sandals. The weather was really spoiling us back then, which unfortunately can’t be said about this year’s spring. Every morning, getting ready for preschool, I find myself facing the same dilemma: a wool coat or a leather jacket… and the risk of freezing later on. My longing for warmth (the external kind, of course) is strong enough that, almost as a small act of defiance, I usually go for the jacket - and, to stay somewhat reasonable, layer it with a turtleneck underneath. Thankfully, the forecast for the May long weekend looks very promising, so at least for a few days I’ll be able to leave those morning dilemmas in the wardrobe :)

 

For now, still without floaty dresses (but that time will come), I’ve put together three outfits I would happily wear right now - including one that’s perfect for the long weekend, whether you’re spending it by the sea, in the mountains, or simply out for a walk in the park. Which look is your favourite?

WYSTARCZY JEDEN PRODUKT, ŻEBY TEN SAM MAKIJAŻ WYGLĄDAŁ ZUPEŁNIE INACZEJ


Artykuł zawiera link afiliacyjny.

 

Nie jestem osobą, która często zmienia swój makijaż. Właściwie od lat wygląda on u mnie bardzo podobnie. Czasami w mniejszym lub większym natężeniu, ale kolorystyka zostaje ta sama. Makijaż ma być dla mnie czymś szybkim i pewnym. Zamiast godziny przed lustrem wolę 15 minut dłużej pospać, dlatego naprawdę rzadko trafia się coś, co robi u mnie większą różnicę. Tym razem jednak tak właśnie było.

 

Do mojego makijażu wróciła baza Bobbi Brown. Produkt, który kiedyś stosowałam, a później gdzieś po drodze o nim zapomniałam. Ostatnio zupełnie przypadkiem znowu na niego trafiłam i wtedy przypomniałam sobie, jak duże wrażenie zrobił na mnie kiedyś.

 

Ta baza to totalny „game changer”. Chociaż nie lubię tego określenia, to w tym przypadku naprawdę trudno użyć innego. Jeśli chodzi o to, jak makijaż wygląda i jak się trzyma w ciągu dnia, różnica jest naprawdę duża. Skóra po niej wygląda wyraźnie lepiej - jest gładka, miękka, dobrze nawilżona, taka „gotowa” na makijaż. Ma w sobie coś jedwabistego, co sprawia, że krem BB, który nakładam później, układa się równomiernie i naturalnie. Makijaż dłużej wygląda świeżo, jakby dopiero co został zrobiony.

 

Poniżej zostawiam Wam wszystkie produkty, których aktualnie używam do mojego codziennego makijażu. Znajdziecie tam również kod zniżkowym do SENSUM MARE - dostałam ostatnio kilka wiadomości na Instagramie, od dziewczyn, które skorzystały z mojego polecenia i się nie zawiodły, co dla mnie jest największym dowodem zaufania za co Wam ogromnie dziękuję! 

PHOTO DIARY


Wpis zawiera promocję marki własnej oraz rekomendację produktów marki
Phenomé otrzymanych w prezencie. 

I wtedy, kiedy zimowa szaruga dawała mi się już mocno we znaki – przyszła ona. Całkiem niespodziewanie… właściwie nie wiadomo kiedy i skąd. Na początku całkiem niepozorna. Miękkie światło coraz śmielej otulające ściany sypialni sprawiało, że poranne wstawanie stawało się łagodniejsze. Śpiew ptaków – coraz wyraźniejszy. A później, jak to u mnie bywa, w pakiecie z chorobą przyszło wiosenne przesilenie. Kiedyś wydawało mi się, że to tylko takie gadanie – no bo jakie tam przesilenie. Ale kiedy kolejny rok z rzędu przez kilka tygodni czujesz się w ten sam, dość dziwny sposób, w końcu zaczynasz rozumieć, że to nie jest tylko anegdotka zasłyszana gdzieś przy okazji.

 

To jednak nie przyćmiewa mojej radości z wiosny, która w końcu nadeszła. Nawet jeśli bywa kapryśna, to i tak ją lubię. Przynosi nowe pokłady energii i motywacji, które pod koniec zimy gdzieś się rozmywają. Zanim jednak wiosenna zieleń na dobre zagości za oknem i w moich kadrach – zapraszam Was na nieco krótsze niż zwykle podsumowanie minionych tygodni.

THE LOOK: PRZEDWIOŚNIE W MIEJSKIM STYLU

  

jacket & jeans // kurtka i dżinsy – H&M

bag // torebka – Zara

ankle boots // botki – H&M

earrings // kolczyki – Monica Vinader

 

 

Po zimie zawsze przychodzi u mnie ten moment lekkiego przesytu czernią. Wszystko wydaje mi się zbyt oczywiste. Dlatego, kiedy temperatury robią się przyjemniejsze, coraz chętniej sięgam po biele, beże czy jeansy w klasycznym, niebieskim odcieniu, które od razu dodają stylizacjom lekkości. Chociaż na co dzień raczej rzadko noszę kolory (niezbyt dobrze się w nich czuję), pokaz Diora AW 26/27, który odbił się szerokim echem, przypomniał mi o zieleni, którą bardzo lubię, ale z jakiegoś powodu wracałam do niej najczęściej wiosną. I nie mówię tutaj o tej oczywistej, wiosennej, tylko bardziej stonowanej – szałwiowej, oliwkowej, trochę „przygaszonej”. Zresztą nie bez powodu…

 

Cała sceneria pokazu była inspirowana ogrodem – i to nie byle jakim, bo nawiązującym do impresjonistycznych obrazów Moneta. Szklarnia zbudowana wokół stawu, nenufary unoszące się na wodzie, miękkie światło i ta lekko rozmyta atmosfera… wszystko to sprawiało, że ten pokaz był prawdziwą ucztą dla oczu. I chyba właśnie mój ogromny sentyment do zieleni sprawił, że tak bardzo mnie urzekł. Oczywiście nie oznacza to, że wprowadzę teraz zieloną rewolucję w mojej garderobie, ale na pewno odszukam mój niegdyś ukochany sweter, który zapewne czeka gdzieś na dnie szafy :).

O NOWYCH POCZĄTKACH, CODZIENNOŚCI, O REALIZACJI ZAWODOWEJ, BLOGOWANIU I WSZYSTKIM CO PO DRODZE


Wpis zawiera promocję marki własnej - agencji kreatywnej Créama Studio.

Ostatnio pomyślałam, że skoro na blogu pojawia się coraz więcej nowych czytelników, a przez te wszystkie lata wiele rzeczy w moim życiu zdążyło się zmienić, może to dobry moment, żeby przedstawić się jeszcze raz. Trochę na nowo, trochę bardziej dojrzale i z szerszej perspektywy.

 

W tym roku minie 11 lat od momentu, kiedy opublikowałam pierwszy wpis na blogu. I choć brzmi to poważnie, trudno powiedzieć, że było to jakieś spektakularne jedenaście lat blogowania. Prawda jest taka, że przez większość tego czasu blog był dla mnie przede wszystkim przestrzenią hobbystyczną. Miejscem, do którego wracałam wtedy, kiedy miałam na to czas i ochotę. Bywały okresy bardzo intensywne, ale były też długie przerwy. Momentami znikałam na kilka miesięcy, czasem nawet myślałam, że to już koniec. A jednak zawsze wracałam. Pisanie od samego początku sprawiało mi ogromną przyjemność i chyba właśnie dlatego nigdy nie potrafiłam się z tym miejscem rozstać na dobre.

 

W międzyczasie wydarzyło się w moim życiu bardzo dużo – pojawiła się rodzina, nowe doświadczenia, a ponad dwa lata temu razem z moją wspólniczką założyłyśmy agencję kreatywną Créama Studio. To był jeden z tych kroków, które z jednej strony wymagają ogromnej odwagi, a z drugiej uczą pokory wobec pracy, czasu i odpowiedzialności.

 

Agencja powstała z potrzeby tworzenia. Z chęci pracy z markami, budowania komunikacji wizualnej, pracy koncepcyjnej i realizacji projektów, które mają sens i estetykę. Kreatywność zawsze była bardzo ważną częścią mojego życia – czy to w fotografii, pisaniu, czy w sposobie patrzenia na świat. Prowadzenie agencji stało się naturalnym przedłużeniem tej drogi. I właśnie gdzieś na tym etapie zrozumiałam coś jeszcze… że choć blog przez wiele lat był dla mnie tylko pasją, nadal jest miejscem, które daje mi ogromną satysfakcję. Miejscem, w którym mogę zatrzymać się na chwilę i opowiedzieć o rzeczach, które są dla mnie ważne, które mnie inspirują. Dlatego chciałabym prowadzić go trochę inaczej. Nadal będzie tu codzienność – bo to właśnie ona buduje nasze życie. Te wszystkie małe momenty, które często wydają się niepozorne: poranna kawa na tarasie, zabawy z dzieckiem, długie spacery, wspólne kolacje czy wieczory przy planszówkach. To właśnie z takich chwil składają się później nasze wspomnienia. Ale oprócz tej codzienności chciałabym pokazywać też, że kobieta może spełniać się na wielu poziomach jednocześnie. Że możemy być matkami, które naprawdę chcą być obecne w życiu swoich dzieci, a jednocześnie realizować się zawodowo. Możemy prowadzić biznes, rozwijać pasje, budować coś własnego i nadal mieć w sobie przestrzeń na zwykłe życie.

 

Nie oznacza to oczywiście, że jest łatwo. Bo nie jest. Prowadzenie firmy, bycie mamą i próba znalezienia czasu dla siebie to codzienna logistyka, kompromisy i nieustanne szukanie równowagi. Ale wierzę, że jest to możliwe. Dlatego oprócz stylizacji, wnętrz i codziennych inspiracji chciałabym od czasu do czasu pokazywać tutaj również kulisy mojej pracy. Opowiadać trochę więcej o tym, jak wygląda prowadzenie agencji kreatywnej, jak powstają projekty, jakie wyzwania pojawiają się po drodze i czego uczymy się w tym procesie. Może okaże się to dla kogoś inspirujące. A może po prostu będzie ciekawym uzupełnieniem tego miejsca.

 

Blog wciąż pozostaje dla mnie przestrzenią bardzo osobistą, ale mam poczucie, że stał się też czymś więcej niż tylko hobby. Jest zapisem drogi, którą przeszłam – i którą wciąż idę. Dlatego mam nadzieję, że nadal będziecie mi w niej towarzyszyć.


PHOTO DIARY


Podobno luty jest miesiącem oczekiwania. Jeszcze zimowy, ale już nie do końca. Trochę jak moment tuż przed otwarciem drzwi – kiedy wiesz, że po drugiej stronie stoi już wiosna. I zważywszy na to, jak piękną aurą pogodową zakończyliśmy tegoroczny luty, chyba nie da się tego ująć lepiej. Chociaż początek miesiąca wcale taki obiecujący nie był.

 

Kiedy na Śląsku zaczęły się ferie, przewinęły się u nas chyba wszystkie możliwe pory roku – od zimowej aury, która zawitała na kilka dni, przez późniejszą jesienną szarugę, aż po wiosenne słońce i 15 stopni na termometrze. I właściwie na tym pogodowym akcencie mogłabym skończyć, ale luty był u mnie tak samo zwariowany jak ta pogoda, więc pozwólcie, że przeciągnę jeszcze o kilka zdań. Wiecie – ja z natury zawsze byłam bardzo gadatliwa (tylko trochę się wstydzę ;)), więc kiedy już się rozkręcę, ciężko mnie zatrzymać.

 

No ale do brzegu… Luty pod względem zawodowym był bardzo wymagający – pełen nowych projektów, ciasnych deadline’ów (chociaż podobno pod presją czasu pracujemy efektywniej… a może to tylko moje wyobrażenie?), wyjazdu do Warszawy i dużej dawki rodzinnego czasu. Jak co miesiąc zebrałam to dla Was w małą retrospekcję.


DLACZEGO CORAZ CZĘŚCIEJ TĘSKNIMY ZA ŻYCIEM OFFLINE? PROSTE RYTUAŁY, KTÓRE POMAGAJĄ MI ZWOLNIĆ TEJ ZIMY


Wpis powstał przy płatnej współpracy z marką Desenio. 


Podobno największa tęsknota za życiem offline dopada milenialsów. W ostatnim czasie natrafiłam na wiele treści, w których powtarzał się ten sam wniosek – jako pokolenie, które dorastało bez telefonów komórkowych i internetu, w czasach gdy liczyło się wspólne spędzanie czasu, dziś odczuwamy szczególną nostalgię. Z jednej strony dobrze pamiętamy świat „przed”, z drugiej – jesteśmy pierwszym pokoleniem, które dojrzewało razem z dynamicznym rozwojem technologii. Telefony z antenką, internet na kablu (nawet teraz, gdy o tym piszę, słyszę w głowie ten charakterystyczny dźwięk łączenia), później bezprzewodowa sieć, powstanie Instagrama, a dziś sztuczna inteligencja. Tempo tych zmian było imponujące – i chyba momentami trudne do oswojenia.

 

Ten artykuł od dawna kiełkował mi w głowie. Mam jednak wrażenie, że działał u mnie lekki syndrom wyparcia. Z jednej strony uwielbiam tworzyć dla Was treści i być aktywna, z drugiej coraz częściej czuję potrzebę odcięcia się od natłoku bodźców, informacji i idealnych obrazków, na które nie oszukujmy się - „przepalam” zbyt dużo czasu. Coraz mocniej ciągnie mnie do rzeczy pozornie banalnych: plewienia w ogródku, długich spacerów, czytania książek, pieczenia z moją córeczką. Do bycia tu i teraz. I pewnie zabrzmię teraz jak stara zrzęda (wybaczcie), ale naprawdę łatwo wpaść w pułapkę mediów społecznościowych, zapominając przy tym o własnych wartościach, o prawdziwych relacjach i o czasie, który mija szybciej, niż nam się wydaje. A przecież to właśnie wspomnienia zostają z nami najdłużej.

 

Zawsze, gdy dopada mnie melancholia związana z tym, jak świat się zmienia, włączam mój stary, ulubiony serial. Byłam nastolatką, gdy zaczęli emitować Magdę M., i do dziś – najczęściej jesienią – robię sobie mały maraton odcinków. To taki prywatny reset, powrót do momentu, w którym wszystko wydawało się prostsze. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy się wylogować z internetu i żyć jak na początku lat 2000, udając, że nic się nie zmieniło. Mamy natomiast komfort wyboru. Możemy dostosować swój tryb życia do własnych potrzeb, celów, wartości i wykorzystać technologię, ale nie pozwolić, by to ona wykorzystywała nas. Najcenniejsza jest obecność – nasza i drugiego człowieka. Wspólny poranek na tarasie z kawą w ulubionym kubku, wśród drzew i śpiewu ptaków - nie dla ładnej fotki, ale dla przeżyć.

 

Offline jako świadomy wybór, nie trend

 

Moje przemyślenia mogą brzmieć jak bunt przeciwko technologii albo idealizowanie przeszłości, ale wcale o to nie chodzi. Każde czasy mają swoje lepsze i gorsze strony. Rzecz w tym, by świadomie wybierać to, co nas karmi, a nie drenuje. Instagram pełen jest dziś treści o selektywnym konsumowaniu contentu, przerwach od social mediów czy autentyczności – tyle że bardzo często te hasła same stały się kolejnym trendem. A trend, jak to trend, ma przede wszystkim przyciągać uwagę. Oczywiście w sieci nadal jest wiele wartościowych twórców, którzy nie zakłamują rzeczywistości dla lajków, ale przebicie najczęściej mają treści najbardziej wyidealizowane. I siłą rzeczy zaczynamy porównywać swoje zwykłe życie do czyjejś starannie wyselekcjonowanej codzienności.

 

Idealnie podsumowuje to cytat z audiobajki, którą moja córeczka bardzo lubi – o kapibarze Karze, która chciała latać:

 

„Prawdziwa wartość nie leży w zewnętrznym wyglądzie i atrybutach, ale w tym, jakimi jesteśmy istotami. (…) Bycie sobą jest najwspanialszą rzeczą, jaką można osiągnąć.”

 

 

Dlatego tak regularnie robię sobie przerwy od mediów społecznościowych (co przy mojej pracy wcale nie jest łatwe) i tę zimową porę traktuję jako czas nadrabiania wszystkiego, co odkładałam na później. Mam nadzieję, że dzisiejszy artykuł będzie dla Was małą ostoją w tym zagonionym świecie i że odnajdziecie w nim wartość, która zainspiruje Was do kilku drobnych zmian. A żeby już nie przedłużać – i tak się rozpisałam, a to dopiero początek (mam nadzieję, że dotrwacie do końca :)). Poniżej zebrałam kilka prostych rytuałów, które pomagają mi zwolnić tej zimy. Takich, które dzieją się poza ekranem.

   

THE LOOK: SZARY PŁASZCZ W PROSTEJ, CODZIENNEJ STYLIZACJI


Artykuł zawiera linki afiliacyjne.


coat // płaszcz – Weekday

turtleneck // golf – H&M (bardzo stara kolekcja)

jeans // dżinsy – Zara  (podobne tutaj - link)

boots // kozaki – Reserved (zeszłoroczna kolekcja)

bag // torebka – MANGO (podobna tutaj - link)

 

 

Gdybym miała podsumować mój styl tej zimy, najodpowiedniejsze określenie, które ciśnie mi się na usta, to „monotonny”. Łapię się na tym, że w ostatnich miesiącach chodziłam głównie w czerni i brązie. Tłumaczyłam to sobie tym, że jest zimno, więc właściwie nie muszę się wysilać (och, jakież to odkrywcze). Prawda jest taka, że kiedy jest szaro i chłodno, najłatwiej sięgnąć po coś „bezpiecznego”.

 

Coś się jednak zaczęło zmieniać. Różnorodność pogodowa – zima, którą osobiście raczej podziwiam na Instagramie, bo u nas wczoraj termometry pokazywały 12,5 stopnia – obudziła we mnie tęsknotę za wiosną. A wraz z nią lekką niechęć do moich czarno-brązowych zestawów. Wyciągnęłam więc zapomniane i ciutkę za luźne jeansy (czyżby ograniczenie czekolady jednak przynosiło efekty?), biały golf i długi szary płaszcz o prostym kroju. Patrząc jednak na prognozę pogody, w przyszłym tygodniu zapewne kozaki zamienię na śniegowce, a na szyję wróci szczelnie owinięty szal. Póki co jednak korzystam z tego lekkiego ożywienia w mojej modowej monotonii. 

 

*  *  *

 

If I had to sum up my style this winter, the most accurate word that comes to mind would be “monotonous.” I’ve caught myself wearing mostly black and brown over the past few months. I kept telling myself it’s cold anyway, so there’s really no need to make an effort (oh, how groundbreaking). The truth is, when it’s grey and chilly outside, it’s just easier to reach for something “safe.”

 

Something has started to shift, though. The unpredictable weather – a winter I mostly admire on Instagram, since our thermometer showed 12.5°C yesterday – awakened a quiet longing for spring. And with it, a slight boredom with my black-and-brown combinations. So I pulled out my forgotten, slightly too-loose jeans (could cutting back on chocolate actually be working?), a white turtleneck, and a long grey coat with a simple, clean cut. Looking at the forecast, I’ll probably be swapping my boots for snow boots next week, with a tightly wrapped scarf making a comeback. But for now, I’m enjoying this little spark of freshness in my fashion monotony. 

 
 

Zdjęcia: Julia Banduch

  

PHOTO DIARY


Wpis zawiera lokowanie produktu marki Awesome Cosmetics
(PREZENT) 
   

Styczeń – dla jednych czas postanowień, zmian i nowych początków… Ja jednak traktuję go trochę po macoszemu. Jedne rzeczy odpuszczam, innym nadaję nowy rytm. Było u mnie dużo pracy – tej, której tutaj nie widzicie, a która zajęła większą część mojego czasu. Były też powolne powroty po nazbyt długim wolnym (nie wiem, czy tylko mi było tak ciężko wystartować w tym roku?), dużo czasu offline, który wyjątkowo doceniam – ale o tym opowiem Wam więcej już niebawem – oraz wyczekiwanie na wymarzoną kuchnię, która w końcu niebawem u nas zawita. Tak w skrócie mogłabym podsumować te ostatnie tygodnie.

 

Photo Diaryto najbardziej nostalgiczny format, którego przygotowywanie zawsze wprowadza mnie w stan wewnętrznego ciepła – na myśl o wszystkich tych drobnych wspomnieniach. Z drugiej strony pojawia się też planowanie nadchodzących tygodni, co stoi nieco w kontrze do bycia „tu i teraz”. Mam jednak wrażenie, że nam, kobietom, trudno jest skupić się wyłącznie na teraźniejszości (a już na pewno mi samej – zbyt często wybiegam myślami w przód). Ten post nie jest jednak o tym, co przed nami, lecz o tym, co już było. Rozsiądźcie się więc wygodnie i spędźmy razem kilka spokojnych minut.

 

PHOTO DIARY

 

Zaparzyłam sobie właśnie kubek mojej ulubionej earl grey z pigwowcem domowej roboty, usiadłam na kanapie i zerkam a to za okno – na migoczące lampki, które mój mąż rozwiesił na święta, a to na ogień, który delikatnie pali się w kominku. W ekranie zgaszonego telewizora odbija się choinka, która nadal dumnie zdobi salon, i myślę sobie, że znowu będzie mi ciężko się z nią rozstać.

 

Z jednej strony myślami jestem już gdzieś dalej, bo nadmiar pracy i planów na ten rok jest na tyle duży, że naprawdę mam się na czym skupić, ale jednak… ciepłe wspomnienia minionych tygodni sprawiają, że wyjątkowo ciężko mi wrócić do codziennej rutyny. Dlatego pozwalam sobie, bez pośpiechu, cieszyć się tym klimatem – zwłaszcza teraz, w tej zimowej aurze, która dotarła do nas z końcem roku i ku mojej (i nie tylko mojej) uciesze, nie planuje nas opuścić.

 

Z lekkim opóźnieniem (ale to już chyba tradycja tego cyklu) zapraszam Was na podsumowanie minionych tygodni. Rozsiądźcie się wygodnie – najlepiej z kubkiem herbaty (znowu trochę poniosło mnie w ilości zdjęć… :)) – i spędźmy razem tę dłuższą chwilę ;). Gotowe?


GRUDNIOWY LONDYN: KRÓTKA RELACJA Z MOJEGO POBYTU W KRAJU JANE AUSTEN I MISIA PADDINGTONA



Pięć lat – dokładnie tyle trwał mój powrót do Londynu. Wiele razy planowałam odwiedzić go w tym czasie, ale zawsze było coś – a to budowa, a to natłok spraw do przypilnowania. A kiedy już w końcu mieliśmy kupione bilety, moja myszka postanowiła się rozchorować i zostaliśmy w domu. Kolejne podejście zrobiliśmy teraz, aby uczcić urodziny naszej sześciolatki. Spakowaliśmy walizki i ruszyliśmy do krainy misia Paddingtona i Jane Austen – i to w najbardziej magicznym czasie w roku. W końcu czy może być piękniejszy miesiąc na odwiedzenie stolicy Anglii niż grudzień?

 

Połączenie dziecięcej ekscytacji (która udzieliła się również mnie), ciekawości, marudzenia zmęczonych nóżek, które po kolejnych kilometrach nie chcą iść dalej (no chyba, że tatuś weźmie je na barana) i przeziębienia w pakiecie na sam koniec. Tak dla równowagi, żeby nie było zbyt słodko.

 

Do tego wyjazdu podeszłam bez jakichkolwiek ambicji. Po ostatnich naprawdę intensywnych miesiącach marzyłam o tym, aby po prostu posnuć się po mieście, które przez tak wiele lat było moim domem. Dlatego odwiedziliśmy kilka moich „starych” miejsc oraz największe i najbardziej wyczekiwane dziecięce atrakcje – w tym spotkanie z ukochanym misiem w czerwonym kapeluszu.

 

Poniżej zebrałam dla Was małą relację z tych kilku dni oraz grudniowy, świąteczny Londyn. A jaki on był? Tłoczny – dużo bardziej, niż go zapamiętałam. W ciągłym biegu, przepełniony wszechobecną magią świąt i dekoracjami, które zapierają dech w piersiach…

PHOTO DIARY


Artykuł zawiera link afiliacyjny. 

Listopad to dla mnie zawsze mieszanka jesiennego klimatu, natłoku pracy i powolnego wprowadzenia w ten magiczny przedświąteczny czas. W tym roku doszła do tego jeszcze choroba – a nawet dwie, bo jakimś dziwnym trafem z jednej weszliśmy zaraz w drugą i tak obudziłam się w połowie listopada zestresowana, że tyle jeszcze do zrobienia a tak mało czasu. Znacie to uczucie? Pisałam o tym ostatnio z Weroniką na Instagramie, że my kobiety lubimy brać sobie na głowę za dużo jakbyśmy same przed sobą chciały udowodnić jak wiele potrafimy zdziałać. A może to tylko nam doskwiera takie dziwne przeświadczenie? :) Tak, czy inaczej – w te pozostałe dwa tygodnie udało mi się nadrobić fotograficzne zaległości, więc jak zawsze zapraszam Was na małą fotograficzną retrospekcję minionych tygodni.

 

Rozsiądźcie się wygodnie, zaparzcie sobie kubek aromatycznej herbaty – albo tak jak ja teraz – kawy (aktualnie piję piernikowe latte), odpalcie świąteczną składankę (u mnie aktualnie leci mój ukochany Michael Bublé i spędźmy razem tych kilka grudniowych chwil.

Instagram

FOLLOW @OFSIMPLETHINGS ON INSTAGRAM
© 2019 OF SIMPLE THINGS | All rights reserved. Contact