PHOTO DIARY
Wpis powstał przy współpracy z Newby Teas, Make Cooking Easier, Markslöjd oraz zawiera promocję marki własnej - agencji kreatywnej Créama Studio. |
Wiosna ma w sobie coś wyjątkowego, magiczne a zarazem tak bardzo ulotnego. Z dnia na dzień krajobraz za oknem robi się coraz piękniejszy, kwitnące na drzewach pąki sprawiają, że nawet zwykły spacer wygląda jak kadr z filmu, ale zarazem ich kruchość, delikatność i świadomość, że to piękno jest tylko chwilowe sprawia, że łatwiej mi zwolnić, zatrzymać się bez żalu i poczucia straconego czasu. I to właśnie w ten sposób staram się przeżywać te dni, których zwieńczeniem był weekend majowy – tak on również się załapał w tym podsumowaniu miesiąca, które znowu publikuję znacznie później niż zakładałam. Gdybym miała jednak znaleźć jedną rzecz, która była w tym miesiącu przełomowa to…
Była sobota, pierwszy majowy weekend i pierwsze naprawdę ciepłe dni w tym roku. Temperatury chyba pierwszy raz przekroczyły 20 stopni. Byłam akurat u teściowej w Żywcu. Wzięłam leżak, poszłam do ogrodu i postanowiłam dokończyć „Colette” - powieść, o której zresztą już kiedyś Wam pisałam. Zaczęłam ją czytać jakiś czas temu i mimo że byłam już naprawdę blisko końca, ciągle coś stawało po drodze. Wiecie, zawsze coś ważniejszego, pilniejszego. A później przychodził wieczór i zmęczenie robiło swoje. I wtedy wydarzyło się coś, czego naprawdę dawno nie czułam.
Siedząc w tym ogrodzie, tak mocno zanurzyłam się w tej historii, że kompletnie przestałam myśleć o wszystkim dookoła. Nie potrafiłam się od niej oderwać. Jakby wszystkie poboczne myśli nagle ucichły i została tylko ta powieść i ja. To było bardzo znajome uczucie. Kiedyś towarzyszyło mi właściwie przy każdej dobrej książce. Czytałam do późna, bo koniecznie musiałam wiedzieć, jak to wszystko się skończy. Nie umiałam odłożyć historii „na jutro”. I teraz, po bardzo długim czasie, znowu to poczułam. W końcu. I nawet nie wiecie jak mnie to ucieszyło. Od długiego czasu próbowałam wrócić do regularnego czytania – zawsze to uwielbiałam, ale w ostatnim czasie przychodziło mi to z trudem. No ale dobrze – wystarczy już tych zwierzeń! Podsumowanie miesiąca czeka! :) Zatem rozsiądźcie się wygodnie i zaczynajmy!
Niedzielna wyprawa do parku w Świerklańcu. Uwielbiam go! To prawdziwa perełka w tej okolicy.
Nie powiem żeby było zbyt ciepło, ale w końcu to dopiero początek kwietnia, więc wiadomo…
Następnym razem, kiedy tu przyjedziemy będzie już zielono.
Moja mała dziewczynka. Gdyby tylko dało się spowolnić ten czas, żeby tak szybko nie rosła.
Kiedy moje domowe biuro wyjdzie mi bokiem, przenosimy się do Carbon Studio. To ciekawe, że w godzinę tam jestem w stanie zrobić więcej niż w domu za cały dzień. Żadnych rozpraszaczy typu pranie, sprzątanie, lista zakupów, co na obiad i tym podobnych…
1. Kwintesencja kwietnia. // 2. Planujemy kolejną sesję Phenomé. W gruncie rzeczy ¾ pracy nad Créama Studio robię na komputerze. Planowanie, rozpisywanie, copywriting, grafiki, maile, inspiracje i miliony innych rzeczy, których nie widać, ale pochłaniają mnóstwo czas. // 3. Krem Eye Me Up w nowym brandingu. Sama go stosuję zarówno na jak i pod oczy i uwielbiam! // 4. W Carbon Studio światło jak zawsze na medal.
Z moją bestie i partnerką biznesową w jednym! ;*
1, 2 i 3. Uwielbiam świeże kwiaty w domu, dlatego szczególnie nie mogę się doczekać aż zakwitną mi w ogrodzie – mężuś się ucieszy z tej oszczędności sezonowej! // 4. Są przesyłki, na które czeka się bardziej.
Dziękuję i gratuluję kolejnej przepięknej książki Zosiu!
Czy wspominałam Wam już jak bardzo kocham światło w naszym domu?
No więc kocham bardzo, zarówno to naturalne jak i sztuczne. Dlatego mamy tyle różnych jego źródeł w domu (ostatecznie później nie mogę się zdecydować, które zapalić… :D. W każdym razie do kompletu brakowało mi jeszcze lampy podłogowej i tak oto znalazłam.
Markslöjd to szwedzki producent oświetlenia w skandynawskim stylu, które od niedawna sprzedaje swój asortyment również na terenie Polski. Mają bogatą ofertę oświetlenia no i udało mi się znaleźć lampę do naszego salonu.

1. Wiosenny dywan z płatków kwiatów. // 2. No heeeeej :). // 3. Wiecie, że możecie mnie znaleźć również na Substack? Subskrybując mój kanał (za darmo), nie przegapicie żadnych moich postów :) Chociaż prawdę powiedziawszy, od dłuższego czasu chodzi mi po głowie, aby wprowadzić na blogu newsletter. Chciałybyście? // 4. A tutaj post o moim makijażu, jeżeli jeszcze nie widziałyście – link.
Moja mała tawuła. Kupiłam ją w zeszłym roku i z wielką radością patrzę jak sobie rośnie.
1 i 4. Powrót do owsianki – miałam chwilową przerwę i głownie sięgałam po śniadania na słono. // 2 i 3. Czas na wieczorne podlewanie.
1 i 2. Praca w moim domowym biurze. // 3. Szybkie sprawy na mieście. // 4. Nasza obecna lektura na dobranoc.
W ciągu dnia sobie omawiamy – wieczorem czytam jeszcze raz dla utrwalenia. Bardzo lekka i przyjemna i napisana w przystępny sposób, który wzbudza ciekawość i zadaje pytania, które pobudzają w dziecku interakcję – Klara ją uwielbia.
1. Aktualnie na moim łazienkowym blacie. // 3. Zachodzące słonce.
A tutaj wzięłam się za wysiewy wyżej wspomnianych kwiatów.
Praca nad kolejnymi treściami na bloga idzie pełną parą.
Przez 12 lat spędzonych w Anglii trochę się rozbestwiłam, jeśli chodzi o picie herbaty. Anglicy słyną ze swojego zamiłowania do niej i naprawdę da się to odczuć na co dzień. Afternoon tea nie jest tam tylko „napiciem się herbaty”, ale częścią kultury i codzienności. Zresztą podobno Brytyjczycy wypijają ponad 100 milionów filiżanek herbaty dziennie, więc trudno się dziwić, że podchodzą do niej aż tak poważnie.
To właśnie tam pierwszy raz spróbowałam słynnej Earl Grey i co tu dużo mówić - przepadłam. Dlatego po powrocie do Polski bardzo rozczarowało mnie to, że większość herbat smakowała dla mnie jak zabarwiona woda. I właściwie od tamtej pory, przez ostatnie 5 lat (kiedy to zleciało?!), regularnie sprowadzałam herbatę z Anglii. I to nie tylko dla siebie, ale też dla moich rodziców.
Na szczęście wygląda na to, że już nie muszę prosić rodziny, żeby przywoziła mi zapasy w walizce. Dotarły do mnie ostatnio herbaty od Newby Teas - marki, która pochodzi z… Londynu rzecz jasna. I szczerze? Dawno żadna herbata nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Smak jest naprawdę głęboki, wyraźny i dokładnie taki, jakiego brakowało mi w większości herbat dostępnych w Polsce. Zaopatrzyłam się oczywiście w moje ukochane Earl Grey, ale nie tylko. I już wiem, że to początek bardzo długiej znajomości :).
Newby Teas ma jednak w swojej ofercie o wiele więcej niż klasyczne czarne herbaty – znajdziecie tam również herbaty zielone, smakowe, ziołowe, a nawet białe. Dlatego moja herbaciana szuflada bardzo szybko wypełniła się czymś na każdą porę dnia i właściwie dla każdego.
Muszę też przyznać, że ogromne wrażenie zrobiły na mnie same opakowania. Są naprawdę piękne – eleganckie, dopracowane i takie, które aż chce się postawić na kuchennym blacie zamiast chować do szafki. Dzięki temu herbaty Newby świetnie sprawdzają się również jako prezent. Taki, który nie tylko ładnie wygląda, ale przede wszystkim naprawdę dobrze smakuje. A że Dzień Mamy zbliża się wielkimi krokami… to chyba całkiem dobry trop :).
A z tej na pewno zrobię mrożoną herbatę w upalne dni – jest pyszna!
To kto wpada do mnie na popołudniową herbatkę? :)
No dobrze, ale my tu gadu gadu, a tu trzeba iść obchód po ogrodzie zrobić. Zabieram mój kubek i idę na przegląd – podobno doglądanie ogródka, to największy hobby milenialsów. Kojarzycie te rolki z Instagrama? Zawsze bardzo mnie śmieszą, dopóki nie uzmysłowię sobie, że są jakby o mnie :D
Na weekend majowy spakowałam walizki i ruszyłyśmy do Żywca.
Chciałabym powiedzieć, że to wersja na podróż, ale w rzeczywistości niejednokrotnie tak samo wyglądam, kiedy odstawiam Klarę do przedszkola, czy na zajęcia dodatkowe – w końcu musi mi być wygodnie ;)
Zawsze kiedy jesteśmy w Żywcu idziemy w odwiedziny do zwierzątek, które są w mini zoo w parku.
Błogie chwile, w ogrodzie, długie spacery i bukieciki zrobione gdzieś po drodze.
Zdjęcie autorstwa mojej córeczki, która koniecznie chciała uchwycić ten kadr z bukiecikiem, który sama dla mnie zebrała.
Pamiętam jakby to było wczoraj, jak sama wspinałam się na drzewa. Jedno z najcudowniejszych wspomnień z dzieciństwa. Przesiadywaliśmy z kuzynami na ogromnej czereśni u mojej kochanej babci.
Jedno z moich ulubionych miejsc w Żywcu. Bardzo niedocenione, ale przez to nie ma obawy, że zastanę tam tłumy turystów. Zazwyczaj jest bardzo kameralnie, cicho, serwują pyszną kawę – no i ten widok!

Oprócz widoku (najpiękniejszego nad całym jeziorem) i dobrej kawy, serwują tu pyszne desery – a naleśniki z serem to już tradycja mojej córeczki.
Gdyby ktoś mi powiedział, że pogoda w majówkę nas tak rozpieści, to z pewnością bym nie uwierzyła. To był cudowny weekend!
Sukienkę kupiłam w zeszłym roku w Reserved.
Ma grubo ponad 40 lat, klekocze jak jadę po czymś innym niż gładki asfalt, ale mój sentyment do niego jest głuchy na jego mankamenty. Będąc w Żywcu zawsze wybieramy się na przejażdżkę – tym razem do parku, który wiosną szczególnie zachwyca. Po drodze zgarnęłam jeszcze kilka gałązek tawuły do wazoniku.
1. No i z każdej strony prezentuje się nienagannie :). // 2. Tak jak ten widok! Ciekawe kiedy jaśminowiec w naszym ogrodzie osiągnie tak spektakularne rozmiary… A ten zapach – gdyby tylko dało się go tutaj załączyć! // 3. To druga książka z serii Brunch | Travel, którą wydała Zosia z Make Cooking Easier (pierwsza była o Paryżu) – „Südtirol | Alto Adige.Brunch | Travel” Tym razem autorka zabiera nad do Południowego Tyrolu, który bardzo chciałabym odwiedzić. Miłość do gór zaszczepił we mnie mąż, więc mam nadzieję, że w przyszłym roku uda nam się skorzystać z miejscowych poleceń, których w tej książce nie brakuje. // 4. Chwila na oddech.
Park w Żywcu.
1. Póki co pozostaje mi odtworzyć przepisy w moim domowym zaciszu – a jest ich sporo! // 2. Tawuła. // 3. Lokatorzy parku. // 4. Moja ulubiona sukienka również z zeszłego roku.
Domowa szarlotka z lodami waniliowymi, kawa i pogaduchy z teściową. I tak nam zleciało tych kilka dni Żywcu.
Nie pamiętam kiedy ostatnio tak wypoczęłam fizycznie i psychicznie… W końcu znalazłam czas, żeby dokończyć książkę, która czekała na stoliku od kilku tygodni, wypić kawę bez pośpiechu i otwartych na laptopie dokumentów, które skupiają więcej uwagi niż smak owej kawy… a śpiew ptaków porwał całą moją uwagę na długie chwile. Nie sądziłam, że ten reset tak bardzo był mi potrzebny.
Ale wszystko ma to do siebie, że prędzej czy później się kończy. Zarówno weekend majowy jak i to podsumowanie miesiąca. Mam nadzieję, że udało Wam się dotrwać do końca! Trochę się nagromadziło tych przemyśleń i kadrów, ale wiecie co? Ogromnie się cieszę i uwielbiam się nimi z Wami tutaj dzielić. Fajnie, że jesteście ;*
Ściskam!
M.















Komentarze
Prześlij komentarz