MORNING NOTES: DLACZEGO TAK TRUDNO ZNALEŹĆ CZAS NA RZECZY, DLA KTÓRYCH WŁAŚCIWIE CHCEMY TEN CZAS MIEĆ?


Mój mąż lubi powtarzać, że wszystko przez to, że jestem zodiakalnym Bykiem. Podobno Byki są uparte, przesadnie dokładne i mają dość osobliwy stosunek do upływającego czasu. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale muszę przyznać, że w moim przypadku trudno odmówić mu racji. Potrafię mieć dwie godziny do wyjścia i uznać, że mam przed sobą całe mnóstwo czasu. Godzinę przed wyjściem? Spokojnie, przecież zdążę. Dopiero kiedy zostaje mi dwadzieścia minut, a ja stoję przed lustrem bez makijażu, zaczynam podejrzewać, że coś poszło niezgodnie z planem.

 

Zarządzanie czasem nigdy nie było moją najmocniejszą stroną. A przynajmniej nie w takim wydaniu, o jakim czytamy w poradnikach. Wiecie, tym, w którym wystarczy odpowiednio ustalić priorytety, rozpisać zadania w kalendarzu, ograniczyć rozpraszacze i najlepiej jeszcze wstawać godzinę wcześniej. Wszystko brzmi bardzo rozsądnie. Problem w tym, że nawet najlepiej rozpisany kalendarz ma jedną zasadniczą wadę: nie uwzględnia faktu, że życie nie zawsze zamierza się do niego dostosować. Przez długi czas byłam przekonana, że kiedy wreszcie nauczę się lepiej organizować swoje dni, znajdę czas na wszystko, na czym mi zależy. Na pracę, rodzinę, prowadzenie bloga, książki, spotkania z przyjaciółkami i wszystkie te drobne przyjemności, które sprawiają, że zwyczajny wtorek potrafi być całkiem udanym dniem. Dzisiaj coraz częściej zastanawiam się, czy problem rzeczywiście tkwi wyłącznie w mojej organizacji. A może po prostu próbuję zmieścić w jednej dobie więcej, niż jest ona w stanie pomieścić?

 

Ostatnio zaczęłam się nad tym trochę więcej zastanawiać. Zwłaszcza że od pewnego czasu próbujemy z przyjaciółką wybrać się do kina i, jak dotąd, z marnym skutkiem. W międzyczasie miałyśmy jeszcze w planach zobaczyć „Pomarańczarkę”, która przez pewien czas była wystawiana w Katowicach. Bardzo zależało nam na tej wystawie, dlatego kiedy tylko dowiedziałyśmy się, że obraz będzie można zobaczyć na Śląsku, od razu zaczęłyśmy planować wspólne wyjście. Niestety, za każdym razem coś stawało nam na drodze. A to jedna z nas zachorowała, a to rozchorowało się dziecko, innym razem pojawiły się pilne sprawy zawodowe. Przekładałyśmy więc nasze spotkanie z tygodnia na tydzień, aż w końcu „Pomarańczarka” wróciła do Warszawy, a my zostałyśmy z niezrealizowanym planem. No cóż, przynajmniej mamy już doświadczenie w organizowaniu wyjść, które ostatecznie nie dochodzą do skutku :). Teraz na naszej liście jest „Lalka” w kinie i bardzo liczę na to, że tym razem uda nam się doprowadzić sprawę do końca. Chociaż po ostatnich doświadczeniach chyba nie powinnam niczego zapeszać.

PHOTO DIARY

 

Uwielbiam ten moment przejścia. Po upalnym lecie nadchodząca jesień jest dla mnie jak powiew świeżego powietrza. Wracają mi moce, których na próżno było szukać pośród letnich dni. Łapię się na tym, że snuję plany o wiele większe, niż jesień jest w stanie pomieścić (albo może i by pomieściła, gdybym nie miała pracy, która zajmuje 17 godzin mojej doby :D), zwłaszcza w konfrontacji ze wszystkimi dodatkowymi zajęciami mojej córki. Uczę się więc tej nowej szkolnej rzeczywistości i żonglerki między obowiązkami a przyjemnościami, chociaż ten cały life balance wychodzi mi znacznie trudniej niż jeszcze rok temu. Powiedzcie proszę, że też tak macie!

 

Macierzyństwo nauczyło mnie jednak jednej rzeczy, która bardzo mi się w tym przydaje - odpuszczania. Dlatego szczególnie doceniam takie drobiazgi jak poranna mgła, która przywitała mnie któregoś wrześniowego poranka. Odpaliłam moją jesienną playlistę i z tym pięknym widokiem za oknem szykowałam śniadaniówkę dla mojej uczennicy. Później jeszcze przez pół drogi do szkoły zachwycałyśmy się nią razem. I chociaż może się to wydawać błahe, mam wrażenie, że im więcej przybywa nam obowiązków, tym łatwiej takie momenty przegapić. Kiedyś ktoś napisał mi tutaj na blogu, że jeśli wielkie szczęście odbyło się bez naszego udziału, trzeba poskładać je z małych szczęść. Powtarzałam te słowa później wiele razy, bo chyba żadne inne tak dobrze nie oddają mojego podejścia do życia.

 

Tyle że ostatnio coraz częściej łapię się na tym, że pomiędzy pracą, szkołą, zajęciami dodatkowymi i całą resztą zwyczajnie brakuje mi na to przestrzeni. I chyba najbardziej wzrusza mnie to, że właśnie wtedy przypomina mi o tym moja córka. Bo przez te wszystkie lata obserwowała mnie na tyle uważnie, że sama przejęła ten sposób myślenia o naszej codzienności. Zauważyłam to ostatnio, kiedy po powrocie do domu włączyła moją ulubioną playlistę, „żeby nam było miło”. Albo kiedy zrobiłyśmy sobie wieczór filmowy z pierwszym filmem Nancy Meyers, jaki oglądała (tak, tak - staram się zarazić ją swoją miłością do jej twórczości), czyli „Nie wierzcie bliźniaczkom”, a ona oznajmiła mi, że najpierw zrobi nam „bazę”, żeby przyjemniej nam się oglądało. I wtedy dotarło do mnie, że te wszystkie drobiazgi, które przez lata były dla mnie tak ważne, nie zniknęły tylko dlatego, że ostatnio mam na nie trochę mniej czasu. Ona zdążyła je podpatrzeć. I teraz, trochę zupełnie nieświadomie, oddaje mi je z powrotem.

 

I chyba o tym najłatwiej mi czasem zapomnieć, kiedy wszystko dzieje się za szybko. Że te małe rzeczy wcale nie są mniej ważne tylko dlatego, że są zwyczajne. Zapraszam Was więc na moje wrześniowe podsumowanie. Tym razem przyda mi się ono równie mocno jak Wam - żeby jeszcze raz przyjrzeć się temu wszystkiemu, co wydarzyło się pomiędzy pracą, szkołą, zajęciami dodatkowymi i całą resztą wrześniowego zamieszania. Bo coś czuję, że było tam znacznie więcej dobrego, niż zdążyłam zauważyć na bieżąco. To co - zaczynamy? :)

DAILY LOOKS #3: SEZON NA WARSTWY UWAŻAM ZA OTWARTY


Artykuł zawiera linki afiliacyjne.

Jeszcze tydzień temu wychodziłam z domu w T-shircie i zastanawiałam się, czy zabieranie ze sobą swetra nie jest lekką przesadą. Kilka dni później zaliczyłam pierwsze kozaki i trench. Sezon na warstwy uważam więc oficjalnie za otwarty. I bardzo mnie to cieszy, bo chyba właśnie ten moment lubię w modzie najbardziej. Nie jest jeszcze na tyle zimno, żeby wszystko, co mam na sobie, przykryć jednym wielkim płaszczem, ale można już wyciągnąć swetry, kurtki, kozaki i zacząć je mieszać z rzeczami, które jeszcze chwilę temu nosiłam latem. Rano mamy sześć czy siedem stopni, po południu potrafię zostać z krótkim rękawem. Garderoba musi więc trochę nadążać za pogodą, która sama jeszcze nie bardzo wie, jaki mamy sezon.

 

Wrócił też do mnie temat krótkiego trencza w kamiennym kolorze, na który czaiłam się już wiosną. Zastanawiałam się nad nim oczywiście tak długo, aż ktoś podjął decyzję za mnie i wykupił mój rozmiar. Tym razem, kiedy pojawił się ponownie, postanowiłam nie sprawdzać, czy historia lubi się powtarzać. ;) Jest zresztą kilka nowych rzeczy, których jeszcze tutaj nie było, więc proszę bardzo - miejsce na nowości również zostawiłam. Raz na trzy lata można zaszaleć. ;)

 

A tak na poważnie, lubię ten krótki moment, kiedy letnia i jesienna część szafy funkcjonują jednocześnie. Warstwy dają dużo więcej możliwości niż gotowy „zestaw na jesień”, a czasami wystarczy narzucić na rzeczy noszone przez całe lato sweter albo płaszcz i nagle wyglądają zupełnie inaczej. Mam więc nadzieję, że prawdziwe zimno jeszcze chwilę poczeka.

DAILY LOOKS #2: POMIĘDZY SWETREM A JAPONKAMI


Artykuł zawiera linki afiliacyjne.

Początek września pogodowo bardzo nas w tym roku rozpieszcza. W kalendarzu coraz bliżej jesieni, ja oczywiście mentalnie jestem w niej już od jakiegoś czasu, ale patrząc na moje stylizacje z ubiegłego tygodnia, można odnieść wrażenie, że nie do końca zdecydowałam jeszcze, po której stronie stoję. :) Z szafy wyciągnęłam już pierwsze swetry i marynarki, ale najwyraźniej z japonkami nie zamierzam się jeszcze rozstawać. I właściwie bardzo lubię ten krótki moment w roku, kiedy można łączyć ze sobą rzeczy z dwóch różnych sezonów. Narzucić sweter do lekkich spodni, marynarkę do letniej bazy i nadal wyjść z domu w odkrytych butach, bez zastanawiania się, czy za pięć minut nie zmarzną mi stopy. Zresztą właśnie takie przejściowe tygodnie chyba najlepiej pokazują, jak naprawdę korzystam ze swojej garderoby. Nie robię wielkiej sezonowej wymiany szafy z dnia na dzień. Jedne rzeczy powoli do niej wracają, inne zostają ze mną jeszcze przez moment. Patrząc na zdjęcia z ostatnich dni, japonki okazały się zresztą najbardziej konsekwentnym elementem całego tygodnia. :)

 

Po ostatniej dyskusji wokół Daily Looks pomyślałam też, że chyba właśnie w tym tkwi sens tej serii. Nie chcę pokazywać tutaj co tydzień siedmiu zupełnie nowych zestawów złożonych z rzeczy kupionych chwilę wcześniej. Chcę pokazywać to, co naprawdę noszę. Czasem będzie to sukienka, którą widziałyście już kilka razy, innym razem ta sama marynarka w innym połączeniu, a czasem przez pół tygodnia te same japonki. Tak przecież wygląda normalna garderoba. Mam nadzieję, że dzięki temu Daily Looks będzie bardziej inspiracją do spojrzenia trochę inaczej również na rzeczy, które już macie, niż kolejną listą tego, co należałoby kupić.

 

No dobrze, zobaczmy więc, co nosiłam w pierwszych dniach września. Jak się za chwilę przekonacie - tytuł tego wpisu naprawdę nie wziął się znikąd. :)

PHOTO DIARY


 

Piątek, popołudnie. Za oknem pada już od dobrych kilku godzin. Z głośników wybrzmiewa moja jesienna playlista (po raz pierwszy - uznajmy to więc za prawdziwą inaugurację). W końcu usiadłam do podsumowania sierpnia, w co właściwie trudno mi samej uwierzyć, biorąc pod uwagę dzisiejszą aurę. Ale tak, dopiero co żegnaliśmy wakacje, a już jesteśmy niemal na półmetku września. Co oczywiście świadczy o mojej opieszałości (kolejny już raz z rzędu) w kwestii publikacji „Photo Diary”. Tym razem mam jednak solidne uzasadnienie - pęd życia wciągnął mnie bez reszty, więc patrząc z tej perspektywy, dobrze, że nie przyszło mi do głowy połączyć sierpnia i września w jednym podsumowaniu. :)

 

No dobrze, ale jaki właściwie był ten sierpień? Prawdziwą mieszanką i próbą utrzymania balansu między obowiązkami rodzicielskimi, zawodowymi a przyjemnościami. Gdzieś z tyłu głowy przez cały czas siedziała jednak myśl o nieubłaganie zbliżającym się wrześniu, nowym początku i wszystkich obawach, które się z nim wiązały. Zawsze staram się jednak patrzeć na wszystko z optymizmem i tym razem nie było inaczej. :) Zapraszam Was więc na kilka kadrów z minionych tygodni sierpnia. A tymczasem sama dalej próbuję poukładać tę nową rutynę.

Instagram

FOLLOW @OFSIMPLETHINGS ON INSTAGRAM
© 2019 OF SIMPLE THINGS | All rights reserved. Contact