THE LOOK: SZARY PŁASZCZ W PROSTEJ, CODZIENNEJ STYLIZACJI


Artykuł zawiera linki afiliacyjne.


coat // płaszcz – Weekday

turtleneck // golf – H&M (bardzo stara kolekcja)

jeans // dżinsy – Zara  (podobne tutaj - link)

boots // kozaki – Reserved (zeszłoroczna kolekcja)

bag // torebka – MANGO (podobna tutaj - link)

 

 

Gdybym miała podsumować mój styl tej zimy, najodpowiedniejsze określenie, które ciśnie mi się na usta, to „monotonny”. Łapię się na tym, że w ostatnich miesiącach chodziłam głównie w czerni i brązie. Tłumaczyłam to sobie tym, że jest zimno, więc właściwie nie muszę się wysilać (och, jakież to odkrywcze). Prawda jest taka, że kiedy jest szaro i chłodno, najłatwiej sięgnąć po coś „bezpiecznego”.

 

Coś się jednak zaczęło zmieniać. Różnorodność pogodowa – zima, którą osobiście raczej podziwiam na Instagramie, bo u nas wczoraj termometry pokazywały 12,5 stopnia – obudziła we mnie tęsknotę za wiosną. A wraz z nią lekką niechęć do moich czarno-brązowych zestawów. Wyciągnęłam więc zapomniane i ciutkę za luźne jeansy (czyżby ograniczenie czekolady jednak przynosiło efekty?), biały golf i długi szary płaszcz o prostym kroju. Patrząc jednak na prognozę pogody, w przyszłym tygodniu zapewne kozaki zamienię na śniegowce, a na szyję wróci szczelnie owinięty szal. Póki co jednak korzystam z tego lekkiego ożywienia w mojej modowej monotonii. 

 

*  *  *

 

If I had to sum up my style this winter, the most accurate word that comes to mind would be “monotonous.” I’ve caught myself wearing mostly black and brown over the past few months. I kept telling myself it’s cold anyway, so there’s really no need to make an effort (oh, how groundbreaking). The truth is, when it’s grey and chilly outside, it’s just easier to reach for something “safe.”

 

Something has started to shift, though. The unpredictable weather – a winter I mostly admire on Instagram, since our thermometer showed 12.5°C yesterday – awakened a quiet longing for spring. And with it, a slight boredom with my black-and-brown combinations. So I pulled out my forgotten, slightly too-loose jeans (could cutting back on chocolate actually be working?), a white turtleneck, and a long grey coat with a simple, clean cut. Looking at the forecast, I’ll probably be swapping my boots for snow boots next week, with a tightly wrapped scarf making a comeback. But for now, I’m enjoying this little spark of freshness in my fashion monotony. 

 
 

Zdjęcia: Julia Banduch

  

PHOTO DIARY


Wpis zawiera lokowanie produktu marki Awesome Cosmetics
(PREZENT) 
   

Styczeń – dla jednych czas postanowień, zmian i nowych początków… Ja jednak traktuję go trochę po macoszemu. Jedne rzeczy odpuszczam, innym nadaję nowy rytm. Było u mnie dużo pracy – tej, której tutaj nie widzicie, a która zajęła większą część mojego czasu. Były też powolne powroty po nazbyt długim wolnym (nie wiem, czy tylko mi było tak ciężko wystartować w tym roku?), dużo czasu offline, który wyjątkowo doceniam – ale o tym opowiem Wam więcej już niebawem – oraz wyczekiwanie na wymarzoną kuchnię, która w końcu niebawem u nas zawita. Tak w skrócie mogłabym podsumować te ostatnie tygodnie.

 

Photo Diaryto najbardziej nostalgiczny format, którego przygotowywanie zawsze wprowadza mnie w stan wewnętrznego ciepła – na myśl o wszystkich tych drobnych wspomnieniach. Z drugiej strony pojawia się też planowanie nadchodzących tygodni, co stoi nieco w kontrze do bycia „tu i teraz”. Mam jednak wrażenie, że nam, kobietom, trudno jest skupić się wyłącznie na teraźniejszości (a już na pewno mi samej – zbyt często wybiegam myślami w przód). Ten post nie jest jednak o tym, co przed nami, lecz o tym, co już było. Rozsiądźcie się więc wygodnie i spędźmy razem kilka spokojnych minut.

 

PHOTO DIARY

 

Zaparzyłam sobie właśnie kubek mojej ulubionej earl grey z pigwowcem domowej roboty, usiadłam na kanapie i zerkam a to za okno – na migoczące lampki, które mój mąż rozwiesił na święta, a to na ogień, który delikatnie pali się w kominku. W ekranie zgaszonego telewizora odbija się choinka, która nadal dumnie zdobi salon, i myślę sobie, że znowu będzie mi ciężko się z nią rozstać.

 

Z jednej strony myślami jestem już gdzieś dalej, bo nadmiar pracy i planów na ten rok jest na tyle duży, że naprawdę mam się na czym skupić, ale jednak… ciepłe wspomnienia minionych tygodni sprawiają, że wyjątkowo ciężko mi wrócić do codziennej rutyny. Dlatego pozwalam sobie, bez pośpiechu, cieszyć się tym klimatem – zwłaszcza teraz, w tej zimowej aurze, która dotarła do nas z końcem roku i ku mojej (i nie tylko mojej) uciesze, nie planuje nas opuścić.

 

Z lekkim opóźnieniem (ale to już chyba tradycja tego cyklu) zapraszam Was na podsumowanie minionych tygodni. Rozsiądźcie się wygodnie – najlepiej z kubkiem herbaty (znowu trochę poniosło mnie w ilości zdjęć… :)) – i spędźmy razem tę dłuższą chwilę ;). Gotowe?


GRUDNIOWY LONDYN: KRÓTKA RELACJA Z MOJEGO POBYTU W KRAJU JANE AUSTEN I MISIA PADDINGTONA



Pięć lat – dokładnie tyle trwał mój powrót do Londynu. Wiele razy planowałam odwiedzić go w tym czasie, ale zawsze było coś – a to budowa, a to natłok spraw do przypilnowania. A kiedy już w końcu mieliśmy kupione bilety, moja myszka postanowiła się rozchorować i zostaliśmy w domu. Kolejne podejście zrobiliśmy teraz, aby uczcić urodziny naszej sześciolatki. Spakowaliśmy walizki i ruszyliśmy do krainy misia Paddingtona i Jane Austen – i to w najbardziej magicznym czasie w roku. W końcu czy może być piękniejszy miesiąc na odwiedzenie stolicy Anglii niż grudzień?

 

Połączenie dziecięcej ekscytacji (która udzieliła się również mnie), ciekawości, marudzenia zmęczonych nóżek, które po kolejnych kilometrach nie chcą iść dalej (no chyba, że tatuś weźmie je na barana) i przeziębienia w pakiecie na sam koniec. Tak dla równowagi, żeby nie było zbyt słodko.

 

Do tego wyjazdu podeszłam bez jakichkolwiek ambicji. Po ostatnich naprawdę intensywnych miesiącach marzyłam o tym, aby po prostu posnuć się po mieście, które przez tak wiele lat było moim domem. Dlatego odwiedziliśmy kilka moich „starych” miejsc oraz największe i najbardziej wyczekiwane dziecięce atrakcje – w tym spotkanie z ukochanym misiem w czerwonym kapeluszu.

 

Poniżej zebrałam dla Was małą relację z tych kilku dni oraz grudniowy, świąteczny Londyn. A jaki on był? Tłoczny – dużo bardziej, niż go zapamiętałam. W ciągłym biegu, przepełniony wszechobecną magią świąt i dekoracjami, które zapierają dech w piersiach…

PHOTO DIARY


Artykuł zawiera link afiliacyjny. 

Listopad to dla mnie zawsze mieszanka jesiennego klimatu, natłoku pracy i powolnego wprowadzenia w ten magiczny przedświąteczny czas. W tym roku doszła do tego jeszcze choroba – a nawet dwie, bo jakimś dziwnym trafem z jednej weszliśmy zaraz w drugą i tak obudziłam się w połowie listopada zestresowana, że tyle jeszcze do zrobienia a tak mało czasu. Znacie to uczucie? Pisałam o tym ostatnio z Weroniką na Instagramie, że my kobiety lubimy brać sobie na głowę za dużo jakbyśmy same przed sobą chciały udowodnić jak wiele potrafimy zdziałać. A może to tylko nam doskwiera takie dziwne przeświadczenie? :) Tak, czy inaczej – w te pozostałe dwa tygodnie udało mi się nadrobić fotograficzne zaległości, więc jak zawsze zapraszam Was na małą fotograficzną retrospekcję minionych tygodni.

 

Rozsiądźcie się wygodnie, zaparzcie sobie kubek aromatycznej herbaty – albo tak jak ja teraz – kawy (aktualnie piję piernikowe latte), odpalcie świąteczną składankę (u mnie aktualnie leci mój ukochany Michael Bublé i spędźmy razem tych kilka grudniowych chwil.

Instagram

FOLLOW @OFSIMPLETHINGS ON INSTAGRAM
© 2019 OF SIMPLE THINGS | All rights reserved. Contact