PHOTO DIARY


Zawsze kiedy przychodzą wakacje, dopada mnie ta sama ambicja. Tworzę w głowie listę rzeczy, które koniecznie chciałabym zrobić, żeby później nie mieć poczucia straconego czasu. Gdzieś w tym wszystkim umyka mi jednak, że wakacje w dorosłym życiu wyglądają trochę inaczej. W końcu praca sama się nie zrobi, prania z każdym dniem jakby przybywa, a przecież trzeba jeszcze zrobić zakupy i ugotować coś dobrego – bo lato aż prosi się o wszystkie te sezonowe rarytasy. Szczytem mojej ambicji była w tym roku maszynka do lodów. Byłam przekonana, że będę robić je sama. Skończyło się jednak na planach i... nadal przy pierwszej lepszej wizycie w markecie robię zapas moich ulubionych lodów o smaku truskawkowego sernika.

 

A później siadam do przygotowania comiesięcznego Photo Diary i przeglądam te kilka kadrów, które udało mi się złapać gdzieś pomiędzy codziennością – najczęściej wtedy, kiedy przypominałam sobie, że za chwilę koniec miesiąca i dobrze byłoby mieć co opublikować. I właśnie wtedy uświadamiam sobie coś, co chyba umyka mi każdego lata. Największą radość i ten błogostan, za którym tak często lecimy na drugi koniec świata, odczuwałam u teściowej w ogrodzie, leżąc z książką, która wciągnęła mnie bez reszty. Albo nad rzeką, gdzie moja córeczka z zapałem doskonaliła sztukę puszczania kaczek – a ja ze zdziwieniem odkryłam, że... sama już prawie zapomniałam, jak się to robi. Dlatego po raz kolejny pozwolę sobie przypomnieć, że największe szczęście naprawdę mamy pod nosem. W tych chwilach, których nie planujemy i które najczęściej okazują się najcenniejsze. Rozsiądźcie się wygodnie i powspominajmy razem te ostatnie tygodnie.

MAMY W TELEFONACH TYSIĄCE ZDJĘĆ. DLACZEGO PRAWIE NIGDY DO NICH NIE WRACAMY?


Artykuł powstał przy współpracy z marką Desenio.

Nigdy wcześniej nie robiliśmy tylu zdjęć. Jedne wakacje potrafią zmieścić ich kilkaset - zachód słońca oglądany z pięciu perspektyw, poranną kawę wypitą na tarasie, lody z małej lodziarni, spacer po nieznanym mieście, dziecko biegnące po plaży. Jeszcze jedno ujęcie, bo światło było lepsze. Jeszcze kolejne, bo poprzednie wyszło lekko poruszone. Wracamy do domu z galerią pełną wspomnień i obietnicą, że kiedyś spokojnie do nich usiądziemy. Paradoks polega jednak na tym, że to "kiedyś" bardzo często nie nadchodzi. Zdjęcia znikają w folderze „wakacje 2026”, a my coraz rzadziej do nich wracamy. Zaczęłam się ostatnio zastanawiać, dlaczego właściwie tak się dzieje i czy nie próbujemy dziś zachować wspomnień... w najmniej trwały z możliwych sposobów.

 
 

THE LOOK: LETNIA STYLIZACJA Z LNIANĄ SUKIENKĄ


sukienka // dress – Reserved

okulary // sunglasses – MANGO

torebka // bag – IBELIV (303 Avenue)

klapki // flip flops – Decathlon

 

Jedno z moich ulubionych miejsc w Żywcu znajduje się nad Jeziorem Żywieckim. Odwiedzam je praktycznie przy każdej wizycie – nawet tej najkrótszej. Tego dnia było szczególnie upalnie. Temperatura w słońcu dawno przekroczyła 40 stopni, więc wizja delikatnej bryzy od jeziora wydawała się idealnym rozwiązaniem. Cóż – bardzo szybko okazało się, że byłam w błędzie. Mam wrażenie, że było tam jeszcze cieplej, niż pod orzechem w ogrodzie u mojej teściowej. Na szczęście mam w swojej szafie kilka sukienek, które świetnie sprawdzają się podczas takich upałów. Od kilku lat zwracam coraz większą uwagę na składy ubrań. Latem robi to ogromną różnicę.

Sukienkę z dzisiejszego wpisu upolowałam w Reserved. Była jeszcze w czerni (nie wiem co mnie pokusiło, żeby jej nie kupić) i świetnie mi się sprawdza. Sukienka wykonana jest w 100% z lnu a podszewka z bawełny. I ten pudełkowy krój, który daje sukience lekkości a mnie… przewiewu ;). Do tego japonki, w których chodzę niemalże bez przerwy i duży kosz – mój nieodłączny letni element.

PHOTO DIARY

 

Mam wrażenie, że czerwiec zawsze mija szybciej niż pozostałe miesiące. Ledwie zdążyłam nacieszyć się pierwszymi truskawkami, zapachem jaśminowca i długimi wieczorami, a już w kalendarzu pojawił się lipiec. A może to dlatego, że te ostatnie tygodnie były wyjątkowo intensywne? Było w tym wszystkim sporo żonglerki, aby dopiąć wszystkie ważne sprawy zanim nadejdzie upragniony urlop. Nie zawsze jednak udawało się wszystko tak jakbym chciała. Nie wszystkie sprawy udało się domknąć – musiały więc poczekać, ale pierwszy raz od dawna udało mi się w pełni wypocząć, a to przecież o to chodzi, prawda?

 

Czerwiec był prawdziwą mieszanką tego co lubię najbardziej. Było trochę pracy, trochę podróży po Polsce, rodzinnego czasu i wiele naprawdę pięknych chwil, które zostaną w mojej pamięci i rodzinnym albumie na długi czas – kilka udało mi się zebrać na zdjęciach w dzisiejszym wpisie. Zapraszam Was na kolejne Photo Diary.

 

THE LOOK: ŁEBA O ZACHODZIE SŁOŃCA

 

koszulka i jeansowa kurtka top & jeans jacket – H&M

spodnie // trousers – Mohito

klapki // flip flops – Decathlon

koszyk // basket bag – IBELIV

 

 

Polskie morze ma specjalne miejsce w moim sercu. Nie wiem, z czego wynika ten sentyment, ale ilekroć przychodzi do decyzji „gdzie jedziemy” mój mąż odpowiada „gdziekolwiek, gdzie jest ciepło”, a ja ze swoim niepoprawnym optymizmem przekonuję go, że przecież nad Bałtykiem też jest ciepło… ;).  Kiedy zarezerwowałam nam hotel, codziennie sprawdzałam prognozę z nadzieją, że jednak uda się zadowolić nas oboje – polskim morzem i hiszpańskimi upałami. Pech chciał, że im bliżej do wyjazdu, tym gorsza była prognoza… Na szczęście tylko na chwilę. Pierwsze dwa dni były chłodne, a później było idealnie! I cóż Wam mogę powiedzieć… dawno tak nie wypoczęłam!

 

Pierwszy raz obraliśmy inny kierunek niż dotychczas. Jak pamiętacie z ubiegłych lat, najczęściej wybieraliśmy okolice Trójmiasta / Półwyspu Helskiego. Tym razem jednak pojechaliśmy do Łeby. W otoczeniu lasu sosnowego, cudownych szerokich plaż i bez zasięgu (za wyjątkiem hotelowego wi-fi) – znacznie łatwiej było się „wyłączyć” i być po prostu tu i teraz. Ten dobrostan tak mocno mi wszedł, że jeszcze nigdy nie wróciłam z urlopu mając raptem kilka zdjęć nadających się do publikacji. Reszta trafi już tylko do rodzinnego albumu wraz ze wszystkimi cudownymi wspomnieniami, nowymi znajomościami (Ściskam Was Aniu ;* - widzimy się w Zieleńcu!) i opalenizną, której nie powstrzymał nawet filtr SPF 50 ;).  

 

Zostawiam Wam kilka kadrów z ostatniego zachodu słońca, kiedy to mój mąż pierwszy i zarazem ostatni raz chwycił za aparat. I zawsze zdumiewa mnie to, że chociaż jest tylko zwykłym amatorem fotografii, potrafi uchwycić mnie tak, jak nikt inny.

Instagram

FOLLOW @OFSIMPLETHINGS ON INSTAGRAM
© 2019 OF SIMPLE THINGS | All rights reserved. Contact