PHOTO DIARY
Zawsze kiedy przychodzą wakacje, dopada mnie ta sama ambicja. Tworzę w głowie listę rzeczy, które koniecznie chciałabym zrobić, żeby później nie mieć poczucia straconego czasu. Gdzieś w tym wszystkim umyka mi jednak, że wakacje w dorosłym życiu wyglądają trochę inaczej. W końcu praca sama się nie zrobi, prania z każdym dniem jakby przybywa, a przecież trzeba jeszcze zrobić zakupy i ugotować coś dobrego – bo lato aż prosi się o wszystkie te sezonowe rarytasy. Szczytem mojej ambicji była w tym roku maszynka do lodów. Byłam przekonana, że będę robić je sama. Skończyło się jednak na planach i... nadal przy pierwszej lepszej wizycie w markecie robię zapas moich ulubionych lodów o smaku truskawkowego sernika.
A później siadam do przygotowania comiesięcznego Photo Diary i przeglądam te kilka kadrów, które udało mi się złapać gdzieś pomiędzy codziennością – najczęściej wtedy, kiedy przypominałam sobie, że za chwilę koniec miesiąca i dobrze byłoby mieć co opublikować. I właśnie wtedy uświadamiam sobie coś, co chyba umyka mi każdego lata. Największą radość i ten błogostan, za którym tak często lecimy na drugi koniec świata, odczuwałam u teściowej w ogrodzie, leżąc z książką, która wciągnęła mnie bez reszty. Albo nad rzeką, gdzie moja córeczka z zapałem doskonaliła sztukę puszczania kaczek – a ja ze zdziwieniem odkryłam, że... sama już prawie zapomniałam, jak się to robi. Dlatego po raz kolejny pozwolę sobie przypomnieć, że największe szczęście naprawdę mamy pod nosem. W tych chwilach, których nie planujemy i które najczęściej okazują się najcenniejsze. Rozsiądźcie się wygodnie i powspominajmy razem te ostatnie tygodnie.