RZECZY, KTÓRE UMILAJĄ MI MAJOWĄ CODZIENNOŚĆ


Artykuł powstał przy współpracy z marką Newby Teas.

W ostatnim „Photo Diary” wspominałam o tym, że doglądanie ogródka to podobno ulubione hobby milenialsów. Jeżeli zaliczacie się do tej grupy, to zapewne zetknęłyście się już z rolkami typu poranna kawa w kapciuszkach w ogrodzie, na których ich autorzy sprawdzają, co zmieniło się przez noc. Dla jednych to absurd, dla innych rzeczywistość – same zgadnijcie, do której grupy się zaliczam! :)) A tak na poważnie (chociaż przecież od powagi na tym blogu raczej staram się stronić), im jestem starsza, tym bardziej łapię się na tym, że najwięcej dają mi zwykłe rzeczy. Doglądanie ogródka, radość z kwiatów, które udało mi się „wyhodować” na parapecie i które teraz mogę dumnie zasadzić w ogrodzie, czy wieczór z książką albo dobrym serialem.

 

Nadmiar obowiązków służbowych, zajęcia dodatkowe i wszystkie mniej przyjemne rzeczy do zrobienia sprawiają, że wieczorny obchód z wężem ogrodowym między donicami z warzywami i kwiatami działa na mnie wręcz terapeutycznie. Tak samo jak plewienie chwastów (widok odchwaszczonych grządek jest chyba największą nagrodą za poświęcony trud). I nie wiem, jak to możliwe, ale podlewanie i plewienie to jedyne czynności, podczas których naprawdę nie myślę o niczym innym. Szkoda tylko, że kiedy wieczorem kładę się spać, nie potrafię wyłączyć myślenia. Zamiast tego układam w głowie listy rzeczy do zrobienia, piszę w myślach wstęp do nowego artykułu albo analizuję, co jeszcze muszę kupić przed naszymi wakacjami…

 

Nie skupiajmy się jednak teraz na tym. Mamy maj – mój ukochany miesiąc. Pachnący bzem, pierwszymi piwoniami i wieczorami, które nagle robią się dłuższe. To właśnie te małe rzeczy zebrałam dla Was w tym artykule. Będzie domowo i spokojnie, więc zaparzcie sobie filiżankę herbaty (o tym też będzie) i zapraszam Was na chwilę tylko dla siebie :)

PHOTO DIARY


Wpis powstał przy współpracy z Newby Teas, Make Cooking EasierMarkslöjd oraz zawiera
promocję marki własnej - agencji kreatywnej Créama Studio.

Wiosna ma w sobie coś wyjątkowego, magicznego a zarazem tak bardzo ulotnego. Z dnia na dzień krajobraz za oknem robi się coraz piękniejszy, kwitnące na drzewach pąki sprawiają, że nawet zwykły spacer wygląda jak kadr z filmu, ale zarazem ich kruchość, delikatność i świadomość, że to piękno jest tylko chwilowe sprawia, że łatwiej mi zwolnić, zatrzymać się bez żalu i poczucia straconego czasu. I to właśnie w ten sposób staram się przeżywać te dni, których zwieńczeniem był weekend majowy – tak on również się załapał w tym podsumowaniu miesiąca, które znowu publikuję znacznie później niż zakładałam. Gdybym miała jednak znaleźć jedną rzecz, która była w tym miesiącu przełomowa to…

 

Była sobota, pierwszy majowy weekend i pierwsze naprawdę ciepłe dni w tym roku. Temperatury chyba pierwszy raz przekroczyły 20 stopni. Byłam akurat u teściowej w Żywcu. Wzięłam leżak, poszłam do ogrodu i postanowiłam dokończyć „Colette” - powieść, o której zresztą już kiedyś Wam pisałam. Zaczęłam ją czytać jakiś czas temu i mimo że byłam już naprawdę blisko końca, ciągle coś stawało po drodze. Wiecie, zawsze coś ważniejszego, pilniejszego. A później przychodził wieczór i zmęczenie robiło swoje. I wtedy wydarzyło się coś, czego naprawdę dawno nie czułam.

 

Siedząc w tym ogrodzie, tak mocno zanurzyłam się w tej historii, że kompletnie przestałam myśleć o wszystkim dookoła. Nie potrafiłam się od niej oderwać. Jakby wszystkie poboczne myśli nagle ucichły i została tylko ta powieść i ja. To było bardzo znajome uczucie. Kiedyś towarzyszyło mi właściwie przy każdej dobrej książce. Czytałam do późna, bo koniecznie musiałam wiedzieć, jak to wszystko się skończy. Nie umiałam odłożyć historii „na jutro”. I teraz, po bardzo długim czasie, znowu to poczułam. W końcu. I nawet nie wiecie jak mnie to ucieszyło. Od długiego czasu próbowałam wrócić do regularnego czytania – zawsze to uwielbiałam, ale w ostatnim czasie przychodziło mi to z trudem. No ale dobrze – wystarczy już tych zwierzeń! Podsumowanie miesiąca czeka! :) Zatem rozsiądźcie się wygodnie i zaczynajmy! 

 

THE LOOK: LEATHER JACKET



kurtka // jacket – Reserved

golf i jeansy // turtle neck & jeans – H&M

buty // shoes – Adidas

torebka // bag - Zara

 

Skórzane kurtki i marynarki zdecydowanie wiodą prym tej wiosny. Właściwie trudno ich nie zauważyć - pojawiają się wszędzie, od wybiegów po codzienne stylizacje na ulicach. I chociaż trendy zazwyczaj traktuję z dosyć dużym dystansem, to akurat ten bardzo przypadł mi do gustu. Już w zeszłym roku przymierzałam się do zakupu. Wtedy jednak bardziej chodziła mi po głowie skórzana marynarka. Ostatecznie jednak zdecydowałam się na kurtkę w czarnym kolorze.

 

Spodobał mi się jej fason, krótsza długość i dość odważny, jak na mój raczej zachowawczy styl, charakter. Bo to nie jest rzecz, która „znika” w stylizacji. Ona jest widoczna, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie dominuje, tylko raczej idealnie dopełnia całość i to chyba jest powód, dla którego skóra wraca co jakiś czas jako trend. Projektanci od lat próbują ją reinterpretować - raz bardziej surowo, raz w wersji eleganckiej. W tym sezonie widać to szczególnie mocno: skórzane elementy przestają być „ciężkie” i zaczynają funkcjonować jako bardziej  uniwersalne.

 

Dla mnie jednak najważniejsze jest to, że idealnie podkręca moje klasyczne stylizacje - jeansy, prosty top, coś bardzo bazowego. Ale jednocześnie, dzięki dość prostemu krojowi, świetnie dopasowuje się też do bardziej miękkich, kobiecych rzeczy. Zamierzam ją nosić do zwiewnych białych sukienek, długiej spódnicy, a nawet do rzeczy, które wcześniej wydawały mi się zbyt „lekkie”, żeby łączyć je ze skórą. A Ty masz w swojej szafie skórzaną kurtkę? Z czym najczęściej ją zestawiasz?

WIOSENNE STYLIZACJE: TRZY ZESTAWY, KTÓRE NOSIŁABYM NA CO DZIEŃ

Wpis zawiera linki afiliacyjne.

 

Pamiętam dokładnie jak w zeszłym roku o tej porze, chodziłam już w moich ukochanych klapkach od Flattered. Bardzo nas wtedy rozpieszczała ta pogoda, czego nie można powiedzieć o tegorocznej wiośnie. Codziennie rano zbierając się do przedszkola staję przed dylematem, czy powinnam założyć wełniany płaszcz, czy skórzaną kurtkę i później trzęść się z zimna… Tęsknota za ciepłem (tym zewnętrznym rzecz jasna) jest u mnie jednak na tyle silna, że trochę w formie manifestu – ostatecznie wybieram kurtkę, ale w ramach rozsądku zakładam pod nią golf. Na szczęście prognozy pogody na majówkę są bardzo obiecujące, więc chociaż przez tych kilka dni poranne dylematy zostawię w szafie :).

Póki co jeszcze bez zwiewnych sukienek (ale i na to przyjdzie czas), przygotowałam dla Was trzy zestawy stylizacji, które chętnie bym teraz nosiła – w tym jeden idealny na majówkę, bez względu na to czy spędzicie ją nad morzem, w górach, czy na spacerach po parku :). Który zestaw najbardziej wpadł Ci w oko?  

 

* * *

 

I remember perfectly how around this time last year I was already wearing my favourite Flattered sandals. The weather was really spoiling us back then, which unfortunately can’t be said about this year’s spring. Every morning, getting ready for preschool, I find myself facing the same dilemma: a wool coat or a leather jacket… and the risk of freezing later on. My longing for warmth (the external kind, of course) is strong enough that, almost as a small act of defiance, I usually go for the jacket - and, to stay somewhat reasonable, layer it with a turtleneck underneath. Thankfully, the forecast for the May long weekend looks very promising, so at least for a few days I’ll be able to leave those morning dilemmas in the wardrobe :)

 

For now, still without floaty dresses (but that time will come), I’ve put together three outfits I would happily wear right now - including one that’s perfect for the long weekend, whether you’re spending it by the sea, in the mountains, or simply out for a walk in the park. Which look is your favourite?

WYSTARCZY JEDEN PRODUKT, ŻEBY TEN SAM MAKIJAŻ WYGLĄDAŁ ZUPEŁNIE INACZEJ


Artykuł zawiera link afiliacyjny.

 

Nie jestem osobą, która często zmienia swój makijaż. Właściwie od lat wygląda on u mnie bardzo podobnie. Czasami w mniejszym lub większym natężeniu, ale kolorystyka zostaje ta sama. Makijaż ma być dla mnie czymś szybkim i pewnym. Zamiast godziny przed lustrem wolę 15 minut dłużej pospać, dlatego naprawdę rzadko trafia się coś, co robi u mnie większą różnicę. Tym razem jednak tak właśnie było.

 

Do mojego makijażu wróciła baza Bobbi Brown. Produkt, który kiedyś stosowałam, a później gdzieś po drodze o nim zapomniałam. Ostatnio zupełnie przypadkiem znowu na niego trafiłam i wtedy przypomniałam sobie, jak duże wrażenie zrobił na mnie kiedyś.

 

Ta baza to totalny „game changer”. Chociaż nie lubię tego określenia, to w tym przypadku naprawdę trudno użyć innego. Jeśli chodzi o to, jak makijaż wygląda i jak się trzyma w ciągu dnia, różnica jest naprawdę duża. Skóra po niej wygląda wyraźnie lepiej - jest gładka, miękka, dobrze nawilżona, taka „gotowa” na makijaż. Ma w sobie coś jedwabistego, co sprawia, że krem BB, który nakładam później, układa się równomiernie i naturalnie. Makijaż dłużej wygląda świeżo, jakby dopiero co został zrobiony.

 

Poniżej zostawiam Wam wszystkie produkty, których aktualnie używam do mojego codziennego makijażu. Znajdziecie tam również kod zniżkowym do SENSUM MARE - dostałam ostatnio kilka wiadomości na Instagramie, od dziewczyn, które skorzystały z mojego polecenia i się nie zawiodły, co dla mnie jest największym dowodem zaufania za co Wam ogromnie dziękuję! 

Instagram

FOLLOW @OFSIMPLETHINGS ON INSTAGRAM
© 2019 OF SIMPLE THINGS | All rights reserved. Contact