DLACZEGO CORAZ CZĘŚCIEJ TĘSKNIMY ZA ŻYCIEM OFFLINE? PROSTE RYTUAŁY, KTÓRE POMAGAJĄ MI ZWOLNIĆ TEJ ZIMY


Wpis powstał w ramach płatnej współpracy reklamowej z marką Desenio.


Podobno największa tęsknota za życiem offline dopada milenialsów. W ostatnim czasie natrafiłam na wiele treści, w których powtarzał się ten sam wniosek – jako pokolenie, które dorastało bez telefonów komórkowych i internetu, w czasach gdy liczyło się wspólne spędzanie czasu, dziś odczuwamy szczególną nostalgię. Z jednej strony dobrze pamiętamy świat „przed”, z drugiej – jesteśmy pierwszym pokoleniem, które dojrzewało razem z dynamicznym rozwojem technologii. Telefony z antenką, internet na kablu (nawet teraz, gdy o tym piszę, słyszę w głowie ten charakterystyczny dźwięk łączenia), później bezprzewodowa sieć, powstanie Instagrama, a dziś sztuczna inteligencja. Tempo tych zmian było imponujące – i chyba momentami trudne do oswojenia.

 

Ten artykuł od dawna kiełkował mi w głowie. Mam jednak wrażenie, że działał u mnie lekki syndrom wyparcia. Z jednej strony uwielbiam tworzyć dla Was treści i być aktywna, z drugiej coraz częściej czuję potrzebę odcięcia się od natłoku bodźców, informacji i idealnych obrazków, na które nie oszukujmy się - „przepalam” zbyt dużo czasu. Coraz mocniej ciągnie mnie do rzeczy pozornie banalnych: plewienia w ogródku, długich spacerów, czytania książek, pieczenia z moją córeczką. Do bycia tu i teraz. I pewnie zabrzmię teraz jak stara zrzęda (wybaczcie), ale naprawdę łatwo wpaść w pułapkę mediów społecznościowych, zapominając przy tym o własnych wartościach, o prawdziwych relacjach i o czasie, który mija szybciej, niż nam się wydaje. A przecież to właśnie wspomnienia zostają z nami najdłużej.

 

Zawsze, gdy dopada mnie melancholia związana z tym, jak świat się zmienia, włączam mój stary, ulubiony serial. Byłam nastolatką, gdy zaczęli emitować Magdę M., i do dziś – najczęściej jesienią – robię sobie mały maraton odcinków. To taki prywatny reset, powrót do momentu, w którym wszystko wydawało się prostsze. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy się wylogować z internetu i żyć jak na początku lat 2000, udając, że nic się nie zmieniło. Mamy natomiast komfort wyboru. Możemy dostosować swój tryb życia do własnych potrzeb, celów, wartości i wykorzystać technologię, ale nie pozwolić, by to ona wykorzystywała nas. Najcenniejsza jest obecność – nasza i drugiego człowieka. Wspólny poranek na tarasie z kawą w ulubionym kubku, wśród drzew i śpiewu ptaków - nie dla ładnej fotki, ale dla przeżyć.

 

Offline jako świadomy wybór, nie trend

 

Moje przemyślenia mogą brzmieć jak bunt przeciwko technologii albo idealizowanie przeszłości, ale wcale o to nie chodzi. Każde czasy mają swoje lepsze i gorsze strony. Rzecz w tym, by świadomie wybierać to, co nas karmi, a nie drenuje. Instagram pełen jest dziś treści o selektywnym konsumowaniu contentu, przerwach od social mediów czy autentyczności – tyle że bardzo często te hasła same stały się kolejnym trendem. A trend, jak to trend, ma przede wszystkim przyciągać uwagę. Oczywiście w sieci nadal jest wiele wartościowych twórców, którzy nie zakłamują rzeczywistości dla lajków, ale przebicie najczęściej mają treści najbardziej wyidealizowane. I siłą rzeczy zaczynamy porównywać swoje zwykłe życie do czyjejś starannie wyselekcjonowanej codzienności.

 

Idealnie podsumowuje to cytat z audiobajki, którą moja córeczka bardzo lubi – o kapibarze Karze, która chciała latać:

 

„Prawdziwa wartość nie leży w zewnętrznym wyglądzie i atrybutach, ale w tym, jakimi jesteśmy istotami. (…) Bycie sobą jest najwspanialszą rzeczą, jaką można osiągnąć.”

 

 

Dlatego tak regularnie robię sobie przerwy od mediów społecznościowych (co przy mojej pracy wcale nie jest łatwe) i tę zimową porę traktuję jako czas nadrabiania wszystkiego, co odkładałam na później. Mam nadzieję, że dzisiejszy artykuł będzie dla Was małą ostoją w tym zagonionym świecie i że odnajdziecie w nim wartość, która zainspiruje Was do kilku drobnych zmian. A żeby już nie przedłużać – i tak się rozpisałam, a to dopiero początek (mam nadzieję, że dotrwacie do końca :)). Poniżej zebrałam kilka prostych rytuałów, które pomagają mi zwolnić tej zimy. Takich, które dzieją się poza ekranem.

   

THE LOOK: SZARY PŁASZCZ W PROSTEJ, CODZIENNEJ STYLIZACJI


Artykuł zawiera linki afiliacyjne.


coat // płaszcz – Weekday

turtleneck // golf – H&M (bardzo stara kolekcja)

jeans // dżinsy – Zara  (podobne tutaj - link)

boots // kozaki – Reserved (zeszłoroczna kolekcja)

bag // torebka – MANGO (podobna tutaj - link)

 

 

Gdybym miała podsumować mój styl tej zimy, najodpowiedniejsze określenie, które ciśnie mi się na usta, to „monotonny”. Łapię się na tym, że w ostatnich miesiącach chodziłam głównie w czerni i brązie. Tłumaczyłam to sobie tym, że jest zimno, więc właściwie nie muszę się wysilać (och, jakież to odkrywcze). Prawda jest taka, że kiedy jest szaro i chłodno, najłatwiej sięgnąć po coś „bezpiecznego”.

 

Coś się jednak zaczęło zmieniać. Różnorodność pogodowa – zima, którą osobiście raczej podziwiam na Instagramie, bo u nas wczoraj termometry pokazywały 12,5 stopnia – obudziła we mnie tęsknotę za wiosną. A wraz z nią lekką niechęć do moich czarno-brązowych zestawów. Wyciągnęłam więc zapomniane i ciutkę za luźne jeansy (czyżby ograniczenie czekolady jednak przynosiło efekty?), biały golf i długi szary płaszcz o prostym kroju. Patrząc jednak na prognozę pogody, w przyszłym tygodniu zapewne kozaki zamienię na śniegowce, a na szyję wróci szczelnie owinięty szal. Póki co jednak korzystam z tego lekkiego ożywienia w mojej modowej monotonii. 

 

*  *  *

 

If I had to sum up my style this winter, the most accurate word that comes to mind would be “monotonous.” I’ve caught myself wearing mostly black and brown over the past few months. I kept telling myself it’s cold anyway, so there’s really no need to make an effort (oh, how groundbreaking). The truth is, when it’s grey and chilly outside, it’s just easier to reach for something “safe.”

 

Something has started to shift, though. The unpredictable weather – a winter I mostly admire on Instagram, since our thermometer showed 12.5°C yesterday – awakened a quiet longing for spring. And with it, a slight boredom with my black-and-brown combinations. So I pulled out my forgotten, slightly too-loose jeans (could cutting back on chocolate actually be working?), a white turtleneck, and a long grey coat with a simple, clean cut. Looking at the forecast, I’ll probably be swapping my boots for snow boots next week, with a tightly wrapped scarf making a comeback. But for now, I’m enjoying this little spark of freshness in my fashion monotony. 

 
 

Zdjęcia: Julia Banduch

  

PHOTO DIARY


Wpis zawiera lokowanie produktu marki Awesome Cosmetics
(PREZENT) 
   

Styczeń – dla jednych czas postanowień, zmian i nowych początków… Ja jednak traktuję go trochę po macoszemu. Jedne rzeczy odpuszczam, innym nadaję nowy rytm. Było u mnie dużo pracy – tej, której tutaj nie widzicie, a która zajęła większą część mojego czasu. Były też powolne powroty po nazbyt długim wolnym (nie wiem, czy tylko mi było tak ciężko wystartować w tym roku?), dużo czasu offline, który wyjątkowo doceniam – ale o tym opowiem Wam więcej już niebawem – oraz wyczekiwanie na wymarzoną kuchnię, która w końcu niebawem u nas zawita. Tak w skrócie mogłabym podsumować te ostatnie tygodnie.

 

Photo Diaryto najbardziej nostalgiczny format, którego przygotowywanie zawsze wprowadza mnie w stan wewnętrznego ciepła – na myśl o wszystkich tych drobnych wspomnieniach. Z drugiej strony pojawia się też planowanie nadchodzących tygodni, co stoi nieco w kontrze do bycia „tu i teraz”. Mam jednak wrażenie, że nam, kobietom, trudno jest skupić się wyłącznie na teraźniejszości (a już na pewno mi samej – zbyt często wybiegam myślami w przód). Ten post nie jest jednak o tym, co przed nami, lecz o tym, co już było. Rozsiądźcie się więc wygodnie i spędźmy razem kilka spokojnych minut.

 

PHOTO DIARY

 

Zaparzyłam sobie właśnie kubek mojej ulubionej earl grey z pigwowcem domowej roboty, usiadłam na kanapie i zerkam a to za okno – na migoczące lampki, które mój mąż rozwiesił na święta, a to na ogień, który delikatnie pali się w kominku. W ekranie zgaszonego telewizora odbija się choinka, która nadal dumnie zdobi salon, i myślę sobie, że znowu będzie mi ciężko się z nią rozstać.

 

Z jednej strony myślami jestem już gdzieś dalej, bo nadmiar pracy i planów na ten rok jest na tyle duży, że naprawdę mam się na czym skupić, ale jednak… ciepłe wspomnienia minionych tygodni sprawiają, że wyjątkowo ciężko mi wrócić do codziennej rutyny. Dlatego pozwalam sobie, bez pośpiechu, cieszyć się tym klimatem – zwłaszcza teraz, w tej zimowej aurze, która dotarła do nas z końcem roku i ku mojej (i nie tylko mojej) uciesze, nie planuje nas opuścić.

 

Z lekkim opóźnieniem (ale to już chyba tradycja tego cyklu) zapraszam Was na podsumowanie minionych tygodni. Rozsiądźcie się wygodnie – najlepiej z kubkiem herbaty (znowu trochę poniosło mnie w ilości zdjęć… :)) – i spędźmy razem tę dłuższą chwilę ;). Gotowe?


GRUDNIOWY LONDYN: KRÓTKA RELACJA Z MOJEGO POBYTU W KRAJU JANE AUSTEN I MISIA PADDINGTONA



Pięć lat – dokładnie tyle trwał mój powrót do Londynu. Wiele razy planowałam odwiedzić go w tym czasie, ale zawsze było coś – a to budowa, a to natłok spraw do przypilnowania. A kiedy już w końcu mieliśmy kupione bilety, moja myszka postanowiła się rozchorować i zostaliśmy w domu. Kolejne podejście zrobiliśmy teraz, aby uczcić urodziny naszej sześciolatki. Spakowaliśmy walizki i ruszyliśmy do krainy misia Paddingtona i Jane Austen – i to w najbardziej magicznym czasie w roku. W końcu czy może być piękniejszy miesiąc na odwiedzenie stolicy Anglii niż grudzień?

 

Połączenie dziecięcej ekscytacji (która udzieliła się również mnie), ciekawości, marudzenia zmęczonych nóżek, które po kolejnych kilometrach nie chcą iść dalej (no chyba, że tatuś weźmie je na barana) i przeziębienia w pakiecie na sam koniec. Tak dla równowagi, żeby nie było zbyt słodko.

 

Do tego wyjazdu podeszłam bez jakichkolwiek ambicji. Po ostatnich naprawdę intensywnych miesiącach marzyłam o tym, aby po prostu posnuć się po mieście, które przez tak wiele lat było moim domem. Dlatego odwiedziliśmy kilka moich „starych” miejsc oraz największe i najbardziej wyczekiwane dziecięce atrakcje – w tym spotkanie z ukochanym misiem w czerwonym kapeluszu.

 

Poniżej zebrałam dla Was małą relację z tych kilku dni oraz grudniowy, świąteczny Londyn. A jaki on był? Tłoczny – dużo bardziej, niż go zapamiętałam. W ciągłym biegu, przepełniony wszechobecną magią świąt i dekoracjami, które zapierają dech w piersiach…

Instagram

FOLLOW @OFSIMPLETHINGS ON INSTAGRAM
© 2019 OF SIMPLE THINGS | All rights reserved. Contact