PHOTO DIARY


Wpis powstał we współpracy z marką Mudii, oraz zawiera promocję
marki własnej - agencji kreatywnej Créama Studio.

Już słyszę w głowie te słowa oburzenia wielu z Was, ale jesień naprawdę ma w sobie coś, co niezmiennie mnie zachwyca. Zwłaszcza w takie dni jak dziś, kiedy za oknem pada lekki deszcz, w powietrzu unosi się delikatna mgła, a liście na drzewach przybierają najpiękniejsze odcienie miedzi i czerwieni. Jest w tym wszystkim coś, co przynosi mi niezwykły spokój. I to bez względu na to, czy siedzę w domu przy stole, planując kolejne działania marketingowe, czy właśnie wracam ze szkoły, spiesząc się na kolejne zajęcia dodatkowe. Czasami wystarczy, że spojrzę za okno albo zwolnię na chwilę podczas jazdy samochodem, żeby pomyśleć sobie, jak bardzo lubię tę porę roku. Jestem z natury romantyczką, więc być może łatwiej mi dostrzegać jej uroki. A może po prostu nauczyłam się lubić jesień również za te dni, które dla wielu są zwyczajnie ponure.

 

I chociaż październik przyniósł mi niemało trosk i stresów, to kiedy przeglądam zdjęcia zapisane w telefonie i wracam myślami do minionych tygodni, dochodzę do wniosku, że mimo wszystko był to piękny miesiąc. Bo właśnie to lubię w tych naszych fotograficznych podsumowaniach. Przypominają mi o wszystkich dobrych chwilach, które w natłoku codziennych spraw potrafią gdzieś umknąć. I wcale nie oznacza to, że tych trudniejszych nie było. Po prostu nie chciałabym, żeby to one przesłoniły mi całą resztę.

 

Listopad zdążył się już na dobre rozpocząć, a wraz z nim powoli zaczynam odliczać dni do mojego ulubionego, świątecznego czasu w roku. Ale zanim myślami przeniosę się do grudnia, zapraszam Was na kolejny PHOTO DIARY. Pamiętajcie tylko o kubku herbaty, bo znowu będzie dłuuugo :).

DAILY LOOKS #4: O PRZYJEMNOŚCI UBIERANIA SIĘ


Artykuł powstał przy współpracy z marką MOHITO oraz zawiera linki afiliacyjne.


Pogoda w ostatnich dniach to prawdziwa mieszanka, do której nie zawsze łatwo było mi się dopasować. Z jednej strony rano najchętniej wychodziłabym z domu w puchówce i śniegowcach, z drugiej już po dziesiątej wystarczał lekki trencz, a czasami nawet sam sweter. W takich momentach szczególnie doceniam to, że pracuję z domu. Poranne odwożenie córki do szkoły wymagało garderoby odpowiedniej na temperatury bliskie zeru, ale kilka godzin później to była już zupełnie inna historia.

 

Zanim jednak temperatury na dobre spadną poniżej zera, a wełniany płaszcz i puchówka staną się jedynymi rozsądnymi opcjami, korzystam z tego, co w jesiennej modzie lubię najbardziej. Z możliwości ubierania się warstwowo, łączenia różnych faktur, fasonów i elementów garderoby, które przez większą część roku niekoniecznie miałyby okazję spotkać się w jednej stylizacji. I choć lubię lato, muszę przyznać, że pod względem ubioru bywa ono dość ograniczające. Bo ile można eksperymentować ze stylizacją, kiedy za oknem trzydzieści stopni, a jedyne, o czym marzymy, to założyć na siebie jak najmniej? Oczywiście, można zachwycać się pięknymi lnianymi kompletami, zwiewnymi sukienkami czy letnimi dodatkami, ale umówmy się, w naprawdę upalny dzień nawet najbardziej wyszukana stylizacja przegrywa z wizją usmażenia się niczym jajko na patelni.

 

Jesienią jest zupełnie inaczej. Nagle możemy pozwolić sobie na coś więcej. Marynarkę narzuconą na sweter, koszulę wystającą spod dzianiny, płaszcz, który zupełnie zmienia charakter najprostszego zestawu. Do tego skóra, wełna, denim, zamsz. Właśnie te połączenia sprawiają, że nawet ubrania, które nosimy od lat, zaczynają wyglądać szlachetniej. I chyba dlatego jesienne stylizacje sprawiają mi tak dużą przyjemność. Mam wrażenie, że dają znacznie więcej możliwości pokazania własnego stylu. Oczywiście nie oznacza to, że jesienią automatycznie ubieramy się lepiej. Ale lubię tę swobodę wyboru. Możliwość eksperymentowania z proporcjami, zestawiania rzeczy eleganckich z tymi zupełnie codziennymi i odkrywania nowych zastosowań dla tego, co już mam w szafie.

 

W tym tygodniu nie zabrakło więc moich sprawdzonych, klasycznych połączeń, ale pojawiło się też miejsce na kilka aktualnych trendów, do których zazwyczaj podchodzę z dużą rezerwą. Jednym z nich jest skórzany płaszcz wykończony sztucznym futerkiem. I choć nie należę do osób, które co sezon próbują dostosować swoją garderobę do tego, co akurat modne, lubię od czasu do czasu wprowadzić do niej coś, co pozwala spojrzeć na dobrze znane ubrania z nieco innej perspektywy. Może więc jesienią niekoniecznie ubieramy się ciekawiej, ale z pewnością mamy więcej okazji, żeby się modą pobawić. A przynajmniej ja tak to widzę. Zapraszam Was na kolejny przegląd moich codziennych stylizacji, tym razem w pełni jesiennym wydaniu.

MORNING NOTES: DLACZEGO TAK TRUDNO ZNALEŹĆ CZAS NA RZECZY, DLA KTÓRYCH WŁAŚCIWIE CHCEMY TEN CZAS MIEĆ?


Mój mąż lubi powtarzać, że wszystko przez to, że jestem zodiakalnym Bykiem. Podobno Byki są uparte, przesadnie dokładne i mają dość osobliwy stosunek do upływającego czasu. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale muszę przyznać, że w moim przypadku trudno odmówić mu racji. Potrafię mieć dwie godziny do wyjścia i uznać, że mam przed sobą całe mnóstwo czasu. Godzinę przed wyjściem? Spokojnie, przecież zdążę. Dopiero kiedy zostaje mi dwadzieścia minut, a ja stoję przed lustrem bez makijażu, zaczynam podejrzewać, że coś poszło niezgodnie z planem.

 

Zarządzanie czasem nigdy nie było moją najmocniejszą stroną. A przynajmniej nie w takim wydaniu, o jakim czytamy w poradnikach. Wiecie, tym, w którym wystarczy odpowiednio ustalić priorytety, rozpisać zadania w kalendarzu, ograniczyć rozpraszacze i najlepiej jeszcze wstawać godzinę wcześniej. Wszystko brzmi bardzo rozsądnie. Problem w tym, że nawet najlepiej rozpisany kalendarz ma jedną zasadniczą wadę: nie uwzględnia faktu, że życie nie zawsze zamierza się do niego dostosować. Przez długi czas byłam przekonana, że kiedy wreszcie nauczę się lepiej organizować swoje dni, znajdę czas na wszystko, na czym mi zależy. Na pracę, rodzinę, prowadzenie bloga, książki, spotkania z przyjaciółkami i wszystkie te drobne przyjemności, które sprawiają, że zwyczajny wtorek potrafi być całkiem udanym dniem. Dzisiaj coraz częściej zastanawiam się, czy problem rzeczywiście tkwi wyłącznie w mojej organizacji. A może po prostu próbuję zmieścić w jednej dobie więcej, niż jest ona w stanie pomieścić?

 

Ostatnio zaczęłam się nad tym trochę więcej zastanawiać. Zwłaszcza że od pewnego czasu próbujemy z przyjaciółką wybrać się do kina i, jak dotąd, z marnym skutkiem. W międzyczasie miałyśmy jeszcze w planach zobaczyć „Pomarańczarkę”, która przez pewien czas była wystawiana w Katowicach. Bardzo zależało nam na tej wystawie, dlatego kiedy tylko dowiedziałyśmy się, że obraz będzie można zobaczyć na Śląsku, od razu zaczęłyśmy planować wspólne wyjście. Niestety, za każdym razem coś stawało nam na drodze. A to jedna z nas zachorowała, a to rozchorowało się dziecko, innym razem pojawiły się pilne sprawy zawodowe. Przekładałyśmy więc nasze spotkanie z tygodnia na tydzień, aż w końcu „Pomarańczarka” wróciła do Warszawy, a my zostałyśmy z niezrealizowanym planem. No cóż, przynajmniej mamy już doświadczenie w organizowaniu wyjść, które ostatecznie nie dochodzą do skutku :). Teraz na naszej liście jest „Lalka” w kinie i bardzo liczę na to, że tym razem uda nam się doprowadzić sprawę do końca. Chociaż po ostatnich doświadczeniach chyba nie powinnam niczego zapeszać.

PHOTO DIARY

 

Uwielbiam ten moment przejścia. Po upalnym lecie nadchodząca jesień jest dla mnie jak powiew świeżego powietrza. Wracają mi moce, których na próżno było szukać pośród letnich dni. Łapię się na tym, że snuję plany o wiele większe, niż jesień jest w stanie pomieścić (albo może i by pomieściła, gdybym nie miała pracy, która zajmuje 17 godzin mojej doby :D), zwłaszcza w konfrontacji ze wszystkimi dodatkowymi zajęciami mojej córki. Uczę się więc tej nowej szkolnej rzeczywistości i żonglerki między obowiązkami a przyjemnościami, chociaż ten cały life balance wychodzi mi znacznie trudniej niż jeszcze rok temu. Powiedzcie proszę, że też tak macie!

 

Macierzyństwo nauczyło mnie jednak jednej rzeczy, która bardzo mi się w tym przydaje - odpuszczania. Dlatego szczególnie doceniam takie drobiazgi jak poranna mgła, która przywitała mnie któregoś wrześniowego poranka. Odpaliłam moją jesienną playlistę i z tym pięknym widokiem za oknem szykowałam śniadaniówkę dla mojej uczennicy. Później jeszcze przez pół drogi do szkoły zachwycałyśmy się nią razem. I chociaż może się to wydawać błahe, mam wrażenie, że im więcej przybywa nam obowiązków, tym łatwiej takie momenty przegapić. Kiedyś ktoś napisał mi tutaj na blogu, że jeśli wielkie szczęście odbyło się bez naszego udziału, trzeba poskładać je z małych szczęść. Powtarzałam te słowa później wiele razy, bo chyba żadne inne tak dobrze nie oddają mojego podejścia do życia.

 

Tyle że ostatnio coraz częściej łapię się na tym, że pomiędzy pracą, szkołą, zajęciami dodatkowymi i całą resztą zwyczajnie brakuje mi na to przestrzeni. I chyba najbardziej wzrusza mnie to, że właśnie wtedy przypomina mi o tym moja córka. Bo przez te wszystkie lata obserwowała mnie na tyle uważnie, że sama przejęła ten sposób myślenia o naszej codzienności. Zauważyłam to ostatnio, kiedy po powrocie do domu włączyła moją ulubioną playlistę, „żeby nam było miło”. Albo kiedy zrobiłyśmy sobie wieczór filmowy z pierwszym filmem Nancy Meyers, jaki oglądała (tak, tak - staram się zarazić ją swoją miłością do jej twórczości), czyli „Nie wierzcie bliźniaczkom”, a ona oznajmiła mi, że najpierw zrobi nam „bazę”, żeby przyjemniej nam się oglądało. I wtedy dotarło do mnie, że te wszystkie drobiazgi, które przez lata były dla mnie tak ważne, nie zniknęły tylko dlatego, że ostatnio mam na nie trochę mniej czasu. Ona zdążyła je podpatrzeć. I teraz, trochę zupełnie nieświadomie, oddaje mi je z powrotem.

 

I chyba o tym najłatwiej mi czasem zapomnieć, kiedy wszystko dzieje się za szybko. Że te małe rzeczy wcale nie są mniej ważne tylko dlatego, że są zwyczajne. Zapraszam Was więc na moje wrześniowe podsumowanie. Tym razem przyda mi się ono równie mocno jak Wam - żeby jeszcze raz przyjrzeć się temu wszystkiemu, co wydarzyło się pomiędzy pracą, szkołą, zajęciami dodatkowymi i całą resztą wrześniowego zamieszania. Bo coś czuję, że było tam znacznie więcej dobrego, niż zdążyłam zauważyć na bieżąco. To co - zaczynamy? :)

DAILY LOOKS #3: SEZON NA WARSTWY UWAŻAM ZA OTWARTY


Artykuł zawiera linki afiliacyjne.

Jeszcze tydzień temu wychodziłam z domu w T-shircie i zastanawiałam się, czy zabieranie ze sobą swetra nie jest lekką przesadą. Kilka dni później zaliczyłam pierwsze kozaki i trench. Sezon na warstwy uważam więc oficjalnie za otwarty. I bardzo mnie to cieszy, bo chyba właśnie ten moment lubię w modzie najbardziej. Nie jest jeszcze na tyle zimno, żeby wszystko, co mam na sobie, przykryć jednym wielkim płaszczem, ale można już wyciągnąć swetry, kurtki, kozaki i zacząć je mieszać z rzeczami, które jeszcze chwilę temu nosiłam latem. Rano mamy sześć czy siedem stopni, po południu potrafię zostać z krótkim rękawem. Garderoba musi więc trochę nadążać za pogodą, która sama jeszcze nie bardzo wie, jaki mamy sezon.

 

Wrócił też do mnie temat krótkiego trencza w kamiennym kolorze, na który czaiłam się już wiosną. Zastanawiałam się nad nim oczywiście tak długo, aż ktoś podjął decyzję za mnie i wykupił mój rozmiar. Tym razem, kiedy pojawił się ponownie, postanowiłam nie sprawdzać, czy historia lubi się powtarzać. ;) Jest zresztą kilka nowych rzeczy, których jeszcze tutaj nie było, więc proszę bardzo - miejsce na nowości również zostawiłam. Raz na trzy lata można zaszaleć. ;)

 

A tak na poważnie, lubię ten krótki moment, kiedy letnia i jesienna część szafy funkcjonują jednocześnie. Warstwy dają dużo więcej możliwości niż gotowy „zestaw na jesień”, a czasami wystarczy narzucić na rzeczy noszone przez całe lato sweter albo płaszcz i nagle wyglądają zupełnie inaczej. Mam więc nadzieję, że prawdziwe zimno jeszcze chwilę poczeka.

Instagram

FOLLOW @OFSIMPLETHINGS ON INSTAGRAM
© 2019 OF SIMPLE THINGS | All rights reserved. Contact