PHOTO DIARY


Wpis zawiera lokowanie produktu marki Awesome Cosmetics
(PREZENT) 
   

Styczeń – dla jednych czas postanowień, zmian i nowych początków… Ja jednak traktuję go trochę po macoszemu. Jedne rzeczy odpuszczam, innym nadaję nowy rytm. Było u mnie dużo pracy – tej, której tutaj nie widzicie, a która zajęła większą część mojego czasu. Były też powolne powroty po nazbyt długim wolnym (nie wiem, czy tylko mi było tak ciężko wystartować w tym roku?), dużo czasu offline, który wyjątkowo doceniam – ale o tym opowiem Wam więcej już niebawem – oraz wyczekiwanie na wymarzoną kuchnię, która w końcu niebawem u nas zawita. Tak w skrócie mogłabym podsumować te ostatnie tygodnie.

 

Photo Diaryto najbardziej nostalgiczny format, którego przygotowywanie zawsze wprowadza mnie w stan wewnętrznego ciepła – na myśl o wszystkich tych drobnych wspomnieniach. Z drugiej strony pojawia się też planowanie nadchodzących tygodni, co stoi nieco w kontrze do bycia „tu i teraz”. Mam jednak wrażenie, że nam, kobietom, trudno jest skupić się wyłącznie na teraźniejszości (a już na pewno mi samej – zbyt często wybiegam myślami w przód). Ten post nie jest jednak o tym, co przed nami, lecz o tym, co już było. Rozsiądźcie się więc wygodnie i spędźmy razem kilka spokojnych minut.

 

PHOTO DIARY

 

Zaparzyłam sobie właśnie kubek mojej ulubionej earl grey z pigwowcem domowej roboty, usiadłam na kanapie i zerkam a to za okno – na migoczące lampki, które mój mąż rozwiesił na święta, a to na ogień, który delikatnie pali się w kominku. W ekranie zgaszonego telewizora odbija się choinka, która nadal dumnie zdobi salon, i myślę sobie, że znowu będzie mi ciężko się z nią rozstać.

 

Z jednej strony myślami jestem już gdzieś dalej, bo nadmiar pracy i planów na ten rok jest na tyle duży, że naprawdę mam się na czym skupić, ale jednak… ciepłe wspomnienia minionych tygodni sprawiają, że wyjątkowo ciężko mi wrócić do codziennej rutyny. Dlatego pozwalam sobie, bez pośpiechu, cieszyć się tym klimatem – zwłaszcza teraz, w tej zimowej aurze, która dotarła do nas z końcem roku i ku mojej (i nie tylko mojej) uciesze, nie planuje nas opuścić.

 

Z lekkim opóźnieniem (ale to już chyba tradycja tego cyklu) zapraszam Was na podsumowanie minionych tygodni. Rozsiądźcie się wygodnie – najlepiej z kubkiem herbaty (znowu trochę poniosło mnie w ilości zdjęć… :)) – i spędźmy razem tę dłuższą chwilę ;). Gotowe?


GRUDNIOWY LONDYN: KRÓTKA RELACJA Z MOJEGO POBYTU W KRAJU JANE AUSTEN I MISIA PADDINGTONA



Pięć lat – dokładnie tyle trwał mój powrót do Londynu. Wiele razy planowałam odwiedzić go w tym czasie, ale zawsze było coś – a to budowa, a to natłok spraw do przypilnowania. A kiedy już w końcu mieliśmy kupione bilety, moja myszka postanowiła się rozchorować i zostaliśmy w domu. Kolejne podejście zrobiliśmy teraz, aby uczcić urodziny naszej sześciolatki. Spakowaliśmy walizki i ruszyliśmy do krainy misia Paddingtona i Jane Austen – i to w najbardziej magicznym czasie w roku. W końcu czy może być piękniejszy miesiąc na odwiedzenie stolicy Anglii niż grudzień?

 

Połączenie dziecięcej ekscytacji (która udzieliła się również mnie), ciekawości, marudzenia zmęczonych nóżek, które po kolejnych kilometrach nie chcą iść dalej (no chyba, że tatuś weźmie je na barana) i przeziębienia w pakiecie na sam koniec. Tak dla równowagi, żeby nie było zbyt słodko.

 

Do tego wyjazdu podeszłam bez jakichkolwiek ambicji. Po ostatnich naprawdę intensywnych miesiącach marzyłam o tym, aby po prostu posnuć się po mieście, które przez tak wiele lat było moim domem. Dlatego odwiedziliśmy kilka moich „starych” miejsc oraz największe i najbardziej wyczekiwane dziecięce atrakcje – w tym spotkanie z ukochanym misiem w czerwonym kapeluszu.

 

Poniżej zebrałam dla Was małą relację z tych kilku dni oraz grudniowy, świąteczny Londyn. A jaki on był? Tłoczny – dużo bardziej, niż go zapamiętałam. W ciągłym biegu, przepełniony wszechobecną magią świąt i dekoracjami, które zapierają dech w piersiach…

PHOTO DIARY


Artykuł zawiera link afiliacyjny. 

Listopad to dla mnie zawsze mieszanka jesiennego klimatu, natłoku pracy i powolnego wprowadzenia w ten magiczny przedświąteczny czas. W tym roku doszła do tego jeszcze choroba – a nawet dwie, bo jakimś dziwnym trafem z jednej weszliśmy zaraz w drugą i tak obudziłam się w połowie listopada zestresowana, że tyle jeszcze do zrobienia a tak mało czasu. Znacie to uczucie? Pisałam o tym ostatnio z Weroniką na Instagramie, że my kobiety lubimy brać sobie na głowę za dużo jakbyśmy same przed sobą chciały udowodnić jak wiele potrafimy zdziałać. A może to tylko nam doskwiera takie dziwne przeświadczenie? :) Tak, czy inaczej – w te pozostałe dwa tygodnie udało mi się nadrobić fotograficzne zaległości, więc jak zawsze zapraszam Was na małą fotograficzną retrospekcję minionych tygodni.

 

Rozsiądźcie się wygodnie, zaparzcie sobie kubek aromatycznej herbaty – albo tak jak ja teraz – kawy (aktualnie piję piernikowe latte), odpalcie świąteczną składankę (u mnie aktualnie leci mój ukochany Michael Bublé i spędźmy razem tych kilka grudniowych chwil.

THE LOOK: MIĘDZY JESIENIĄ A ZIMĄ


Wpis powstał przy współpracy z Monica Vinader oraz zawiera linki afiliacyjne.



płaszcz // coat – ZARA (podobny tutaj)

golf // turtleneck – MANGO

jeansy i botki // jeans & ankle boots – H&M

szalik // scarf – Dune London

kolczyki // earrings – Monica Vinader

 

 

Gdzieś na styku jesieni i zimy, z uporem próbując dopasować mój ubiór do ciągle zmieniających się warunków atmosferycznych i wyglądać przy tym odrobinę bardziej wyszukanie niż jak gdybym owinęła się kołdrą i wyszła z domu (choć przyznaję, że jutro ta opcja może okazać się całkiem kusząca). W takie dni jak ten sięgam po mój czarny, lekko już znoszony (no dobra, bardziej niż lekko, ale bardzo go lubię, więc trzymam się go kurczowo) płaszcz i futrzany szal, który ostatnio robi furorę na Pintereście (przy okazji przygotowałam dla Was małą garść inspiracji) – choć jak nie trudno się domyślić, w czekoladowym kolorze (na który również zresztą się czaję). Całą tę ciemną, otulającą bazę postanowiłam przełamać spodniami w odcieniu złamanej bieli, które dodają całości lekkości i trochę wyciągają stylizację z zimowego półmroku.

 

Dopełnieniem całego zestawu są delikatne, złote kolczyki. Od dawna chodził za mną model przypominający klasyczne złote kółka, które dostałam kiedyś na komunię. Jeden z nich zgubiłam, a wraz z nim zniknął mały kawałek wspomnień, więc od tamtej pory szukałam czegoś, co miałoby w sobie tę samą prostotę i ponadczasowy urok. Te od Monica Vinader okazały się idealnym następcą. Minimalistyczne, ale z charakterem. Pokryte 18-karatowym złotem, wykonane z wysokiej jakości srebra, stworzone z dbałością o detale i w duchu odpowiedzialnej produkcji.

Instagram

FOLLOW @OFSIMPLETHINGS ON INSTAGRAM
© 2019 OF SIMPLE THINGS | All rights reserved. Contact