WYSTARCZY JEDEN PRODUKT, ŻEBY TEN SAM MAKIJAŻ WYGLĄDAŁ ZUPEŁNIE INACZEJ


Artykuł zawiera link afiliacyjny.

 

Nie jestem osobą, która często zmienia swój makijaż. Właściwie od lat wygląda on u mnie bardzo podobnie. Czasami w mniejszym lub większym natężeniu, ale kolorystyka zostaje ta sama. Makijaż ma być dla mnie czymś szybkim i pewnym. Zamiast godziny przed lustrem wolę 15 minut dłużej pospać, dlatego naprawdę rzadko trafia się coś, co robi u mnie większą różnicę. Tym razem jednak tak właśnie było.

 

Do mojego makijażu wróciła baza Bobbi Brown. Produkt, który kiedyś stosowałam, a później gdzieś po drodze o nim zapomniałam. Ostatnio zupełnie przypadkiem znowu na niego trafiłam i wtedy przypomniałam sobie, jak duże wrażenie zrobił na mnie kiedyś.

 

Ta baza to totalny „game changer”. Chociaż nie lubię tego określenia, to w tym przypadku naprawdę trudno użyć innego. Jeśli chodzi o to, jak makijaż wygląda i jak się trzyma w ciągu dnia, różnica jest naprawdę duża. Skóra po niej wygląda wyraźnie lepiej - jest gładka, miękka, dobrze nawilżona, taka „gotowa” na makijaż. Ma w sobie coś jedwabistego, co sprawia, że krem BB, który nakładam później, układa się równomiernie i naturalnie. Makijaż dłużej wygląda świeżo, jakby dopiero co został zrobiony.

 

Poniżej zostawiam Wam wszystkie produkty, których aktualnie używam do mojego codziennego makijażu. Znajdziecie tam również kod zniżkowym do SENSUM MARE - dostałam ostatnio kilka wiadomości na Instagramie, od dziewczyn, które skorzystały z mojego polecenia i się nie zawiodły, co dla mnie jest największym dowodem zaufania za co Wam ogromnie dziękuję! 

PHOTO DIARY


Wpis zawiera promocję marki własnej oraz rekomendację produktów marki
Phenomé otrzymanych w prezencie. 

I wtedy, kiedy zimowa szaruga dawała mi się już mocno we znaki – przyszła ona. Całkiem niespodziewanie… właściwie nie wiadomo kiedy i skąd. Na początku całkiem niepozorna. Miękkie światło coraz śmielej otulające ściany sypialni sprawiało, że poranne wstawanie stawało się łagodniejsze. Śpiew ptaków – coraz wyraźniejszy. A później, jak to u mnie bywa, w pakiecie z chorobą przyszło wiosenne przesilenie. Kiedyś wydawało mi się, że to tylko takie gadanie – no bo jakie tam przesilenie. Ale kiedy kolejny rok z rzędu przez kilka tygodni czujesz się w ten sam, dość dziwny sposób, w końcu zaczynasz rozumieć, że to nie jest tylko anegdotka zasłyszana gdzieś przy okazji.

 

To jednak nie przyćmiewa mojej radości z wiosny, która w końcu nadeszła. Nawet jeśli bywa kapryśna, to i tak ją lubię. Przynosi nowe pokłady energii i motywacji, które pod koniec zimy gdzieś się rozmywają. Zanim jednak wiosenna zieleń na dobre zagości za oknem i w moich kadrach – zapraszam Was na nieco krótsze niż zwykle podsumowanie minionych tygodni.

THE LOOK: PRZEDWIOŚNIE W MIEJSKIM STYLU

  

jacket & jeans // kurtka i dżinsy – H&M

bag // torebka – Zara

ankle boots // botki – H&M

earrings // kolczyki – Monica Vinader

 

 

Po zimie zawsze przychodzi u mnie ten moment lekkiego przesytu czernią. Wszystko wydaje mi się zbyt oczywiste. Dlatego, kiedy temperatury robią się przyjemniejsze, coraz chętniej sięgam po biele, beże czy jeansy w klasycznym, niebieskim odcieniu, które od razu dodają stylizacjom lekkości. Chociaż na co dzień raczej rzadko noszę kolory (niezbyt dobrze się w nich czuję), pokaz Diora AW 26/27, który odbił się szerokim echem, przypomniał mi o zieleni, którą bardzo lubię, ale z jakiegoś powodu wracałam do niej najczęściej wiosną. I nie mówię tutaj o tej oczywistej, wiosennej, tylko bardziej stonowanej – szałwiowej, oliwkowej, trochę „przygaszonej”. Zresztą nie bez powodu…

 

Cała sceneria pokazu była inspirowana ogrodem – i to nie byle jakim, bo nawiązującym do impresjonistycznych obrazów Moneta. Szklarnia zbudowana wokół stawu, nenufary unoszące się na wodzie, miękkie światło i ta lekko rozmyta atmosfera… wszystko to sprawiało, że ten pokaz był prawdziwą ucztą dla oczu. I chyba właśnie mój ogromny sentyment do zieleni sprawił, że tak bardzo mnie urzekł. Oczywiście nie oznacza to, że wprowadzę teraz zieloną rewolucję w mojej garderobie, ale na pewno odszukam mój niegdyś ukochany sweter, który zapewne czeka gdzieś na dnie szafy :).

O NOWYCH POCZĄTKACH, CODZIENNOŚCI, O REALIZACJI ZAWODOWEJ, BLOGOWANIU I WSZYSTKIM CO PO DRODZE


Wpis zawiera promocję marki własnej - agencji kreatywnej Créama Studio.

Ostatnio pomyślałam, że skoro na blogu pojawia się coraz więcej nowych czytelników, a przez te wszystkie lata wiele rzeczy w moim życiu zdążyło się zmienić, może to dobry moment, żeby przedstawić się jeszcze raz. Trochę na nowo, trochę bardziej dojrzale i z szerszej perspektywy.

 

W tym roku minie 11 lat od momentu, kiedy opublikowałam pierwszy wpis na blogu. I choć brzmi to poważnie, trudno powiedzieć, że było to jakieś spektakularne jedenaście lat blogowania. Prawda jest taka, że przez większość tego czasu blog był dla mnie przede wszystkim przestrzenią hobbystyczną. Miejscem, do którego wracałam wtedy, kiedy miałam na to czas i ochotę. Bywały okresy bardzo intensywne, ale były też długie przerwy. Momentami znikałam na kilka miesięcy, czasem nawet myślałam, że to już koniec. A jednak zawsze wracałam. Pisanie od samego początku sprawiało mi ogromną przyjemność i chyba właśnie dlatego nigdy nie potrafiłam się z tym miejscem rozstać na dobre.

 

W międzyczasie wydarzyło się w moim życiu bardzo dużo – pojawiła się rodzina, nowe doświadczenia, a ponad dwa lata temu razem z moją wspólniczką założyłyśmy agencję kreatywną Créama Studio. To był jeden z tych kroków, które z jednej strony wymagają ogromnej odwagi, a z drugiej uczą pokory wobec pracy, czasu i odpowiedzialności.

 

Agencja powstała z potrzeby tworzenia. Z chęci pracy z markami, budowania komunikacji wizualnej, pracy koncepcyjnej i realizacji projektów, które mają sens i estetykę. Kreatywność zawsze była bardzo ważną częścią mojego życia – czy to w fotografii, pisaniu, czy w sposobie patrzenia na świat. Prowadzenie agencji stało się naturalnym przedłużeniem tej drogi. I właśnie gdzieś na tym etapie zrozumiałam coś jeszcze… że choć blog przez wiele lat był dla mnie tylko pasją, nadal jest miejscem, które daje mi ogromną satysfakcję. Miejscem, w którym mogę zatrzymać się na chwilę i opowiedzieć o rzeczach, które są dla mnie ważne, które mnie inspirują. Dlatego chciałabym prowadzić go trochę inaczej. Nadal będzie tu codzienność – bo to właśnie ona buduje nasze życie. Te wszystkie małe momenty, które często wydają się niepozorne: poranna kawa na tarasie, zabawy z dzieckiem, długie spacery, wspólne kolacje czy wieczory przy planszówkach. To właśnie z takich chwil składają się później nasze wspomnienia. Ale oprócz tej codzienności chciałabym pokazywać też, że kobieta może spełniać się na wielu poziomach jednocześnie. Że możemy być matkami, które naprawdę chcą być obecne w życiu swoich dzieci, a jednocześnie realizować się zawodowo. Możemy prowadzić biznes, rozwijać pasje, budować coś własnego i nadal mieć w sobie przestrzeń na zwykłe życie.

 

Nie oznacza to oczywiście, że jest łatwo. Bo nie jest. Prowadzenie firmy, bycie mamą i próba znalezienia czasu dla siebie to codzienna logistyka, kompromisy i nieustanne szukanie równowagi. Ale wierzę, że jest to możliwe. Dlatego oprócz stylizacji, wnętrz i codziennych inspiracji chciałabym od czasu do czasu pokazywać tutaj również kulisy mojej pracy. Opowiadać trochę więcej o tym, jak wygląda prowadzenie agencji kreatywnej, jak powstają projekty, jakie wyzwania pojawiają się po drodze i czego uczymy się w tym procesie. Może okaże się to dla kogoś inspirujące. A może po prostu będzie ciekawym uzupełnieniem tego miejsca.

 

Blog wciąż pozostaje dla mnie przestrzenią bardzo osobistą, ale mam poczucie, że stał się też czymś więcej niż tylko hobby. Jest zapisem drogi, którą przeszłam – i którą wciąż idę. Dlatego mam nadzieję, że nadal będziecie mi w niej towarzyszyć.


PHOTO DIARY


Podobno luty jest miesiącem oczekiwania. Jeszcze zimowy, ale już nie do końca. Trochę jak moment tuż przed otwarciem drzwi – kiedy wiesz, że po drugiej stronie stoi już wiosna. I zważywszy na to, jak piękną aurą pogodową zakończyliśmy tegoroczny luty, chyba nie da się tego ująć lepiej. Chociaż początek miesiąca wcale taki obiecujący nie był.

 

Kiedy na Śląsku zaczęły się ferie, przewinęły się u nas chyba wszystkie możliwe pory roku – od zimowej aury, która zawitała na kilka dni, przez późniejszą jesienną szarugę, aż po wiosenne słońce i 15 stopni na termometrze. I właściwie na tym pogodowym akcencie mogłabym skończyć, ale luty był u mnie tak samo zwariowany jak ta pogoda, więc pozwólcie, że przeciągnę jeszcze o kilka zdań. Wiecie – ja z natury zawsze byłam bardzo gadatliwa (tylko trochę się wstydzę ;)), więc kiedy już się rozkręcę, ciężko mnie zatrzymać.

 

No ale do brzegu… Luty pod względem zawodowym był bardzo wymagający – pełen nowych projektów, ciasnych deadline’ów (chociaż podobno pod presją czasu pracujemy efektywniej… a może to tylko moje wyobrażenie?), wyjazdu do Warszawy i dużej dawki rodzinnego czasu. Jak co miesiąc zebrałam to dla Was w małą retrospekcję.


Instagram

FOLLOW @OFSIMPLETHINGS ON INSTAGRAM
© 2019 OF SIMPLE THINGS | All rights reserved. Contact