ŻYWIEC MOIMI OCZAMI, CZYLI MIEJSCA, KTÓRE POLECIŁABYM PRZYJACIÓŁCE PLANUJĄCEJ WEEKEND
Są takie miejsca, do których wracamy nie dlatego, że za każdym razem chcemy zobaczyć coś nowego, ale właśnie dlatego, że tak dobrze znamy to, co już tam na nas czeka. Dla mnie jednym z takich miejsc jest Żywiec. Moja teściowa mieszka tutaj od lat, więc bywamy w Żywcu regularnie i chyba właśnie dlatego nigdy nie patrzyłam na to miasto oczami typowej turystki. Nie przyjeżdżam z listą atrakcji do odhaczenia ani planem zwiedzania rozpisanym od rana do wieczora. Mam za to swoje trasy, swoje miejsca i kilka adresów, do których wracam właściwie za każdym razem.
Jest jeszcze coś. Zawsze, kiedy tutaj przyjeżdżam, ogarnia mnie dziwne poczucie beztroski. Sama mieszkam w małym mieście, a jednak Żywiec ma dla mnie jeszcze inny rodzaj spokoju. Jest kameralny, otoczony górami i wodą, a jednocześnie, szczególnie latem, wcale nie jest senny. Jeśli mam być jednak zupełnie szczera, najbardziej lubię go wiosną i jesienią. Wtedy robi się ciszej, spokojniej i można przez kilka godzin mieć wrażenie, że jest się trochę na wakacjach.
Pomyślałam więc, że zbiorę dla Was moje ulubione miejsca w Żywcu i najbliższej okolicy. Nie będzie to klasyczny przewodnik ani lista wszystkich atrakcji, które warto zobaczyć. Wręcz przeciwnie. Chcę pokazać Wam wyłącznie te miejsca, które sama naprawdę lubię, do których wracam od lat i które z czystym sumieniem poleciłabym przyjaciółce wybierającej się tutaj na kilka dni.
1. Park zamkowy, najlepiej w maju albo jesienią.
Zacznę od miejsca najbardziej oczywistego, ale też jednego z tych, których właściwie nigdy sobie nie odpuszczam. Park Zamkowy jest ogromny, pełen pięknych alejek i idealny na długi, niespieszny spacer. Ostatnio odkryłam zresztą, że równie dobrze sprawdza się na rowerze.
W maju miałam jak zwykle pojechać nad Jezioro Żywieckie. To moja stała trasa i właściwie już automatycznie kieruję rower właśnie tam. Tego dnia coś mnie jednak podkusiło i zamiast nad jezioro pojechałam do parku. I całe szczęście. Trafiłam akurat na moment, kiedy kwitł chyba najpiękniejszy jaśminowiec, jaki widziałam w życiu. Ogromny, obsypany białymi kwiatami i pachnący tak intensywnie, że właściwie nie chciało się stamtąd odchodzić. Znalazłam wolną ławkę tuż obok, odstawiłam rower i po prostu siedziałam. Wąchałam ten jaśminowiec, patrzyłam na niego i zastanawiałam się, za ile lat mój w ogrodzie osiągnie podobnie spektakularne rozmiary.
W pewnym momencie alejką szły dwie starsze panie. Jedna z nich stwierdziła, że to chyba jabłonka, druga nie była przekonana i obstawiała jaśmin. Zaraz jednak dodała, że na jaśmin jest przecież za wcześnie. Zazwyczaj nie wtrącam się ludziom do rozmów, ale tym razem nie wytrzymałam i wyjaśniłam paniom, że to jaśminowiec. Panie się uśmiechnęły, podziękowały za moją botaniczną konsultację i poszły dalej, a ja zostałam na swojej ławce jeszcze dobrą chwilę.
Mam ogromną słabość do tego zapachu. Kiedy mieszkaliśmy jeszcze w bloku, pod naszym balkonem rosły dwa duże jaśminowce i wystarczyło otworzyć drzwi, żeby zapach wypełniał całe mieszkanie. Do dzisiaj jest jednym z moich ulubionych. Dlatego jeśli miałabym wybrać dwie idealne pory na spacer po żywieckim parku, byłby to maj, właśnie dla tej intensywnej, świeżej zieleni i kwitnących krzewów, oraz jesień, kiedy cały park robi się bajecznie kolorowy.
2. Moje małe „como” nad jeziorem żywieckim.
Drugim miejscem jest oczywiście Jezioro Żywieckie. Mam zresztą wrażenie, że połowa moich ulubionych miejsc w tej części Polski w jakiś sposób kręci się właśnie wokół niego. Jest jednak jeden konkretny adres, o który pytacie mnie właściwie za każdym razem, kiedy pokazuję go na Instagramie. To Zajazd Rumcajs. Zawsze żartuję, że widok stamtąd jest trochę jak nad Como, trochę jak nad Gardą, a trochę po prostu jak nad naszym Jeziorem Żywieckim. I naprawdę jest przepiękny.
Sam zajazd jest przy tym miejscem absolutnie bezpretensjonalnym. Powiedziałabym nawet, że czas trochę się tam zatrzymał. Wystrój pamięta inne czasy i właściwie niewiele się zmieniło, więc lojalnie uprzedzam, że nie jest to Hilton. Mi osobiście zupełnie to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, chyba właśnie ta trochę staroświecka atmosfera jest częścią jego uroku.
Mam tam swój ulubiony stolik, najbardziej wysunięty na tarasie, z którego rozpościera się cudowny widok na jezioro. Nie wiem, jak to się dzieje, ale bez względu na porę roku, kiedy przyjeżdżam, albo cały taras jest pusty, albo przynajmniej ten jeden stolik czeka właśnie na mnie. Siadam, zamawiam kawę i kawałek domowego ciasta i mogę tak siedzieć naprawdę długo. Szarlotka jest pyszna, ostatnio jadłam też sernik na zimno i był naprawdę świetny. Ale przyjeżdżam tam przede wszystkim dla widoku, ciszy, szumu drzew i atmosfery, w której automatycznie zwalniam. Jeśli lubicie takie miejsca trochę na uboczu i bez całej nowoczesnej otoczki, zapiszcie sobie ten adres. Tylko bardzo proszę, zostawcie mi mój stolik.
3. Nasze miejsce na piknik nad jeziorem.
Skoro już jesteśmy nad Jeziorem Żywieckim, muszę pokazać Wam jeszcze jedno miejsce. Jeździliśmy tam jeszcze zanim pojawiła się nasza córka, a kiedy była malutka, bardzo często robiliśmy tam rodzinne pikniki. To właściwie nie jest żadna konkretna atrakcja i chyba właśnie za to najbardziej je lubię. W okolicy zapory w Tresnej można zejść w stronę jeziora i dojść do kamienistego brzegu ze skałkami. Zawsze zabieraliśmy tam koc, jakieś owoce albo coś dobrego do jedzenia, siadaliśmy nad wodą i po prostu chłonęliśmy chwilę. Naprawdę nic więcej nie potrzeba. Jezioro, góry, cisza i kilka godzin bez żadnego planu.
Kiedyś praktycznie nikogo tam nie spotykaliśmy. Tego lata wybraliśmy się ponownie, bo zatęskniłam za naszymi piknikami i okazało się, że ludzi jest już zdecydowanie więcej. Najwyraźniej wieści się rozeszły. Nadal jednak bardzo lubię ten zakątek i jeśli macie ochotę po prostu usiąść nad wodą zamiast zaliczać kolejną atrakcję, warto go poszukać.
No i ogólnie polecam wybrać się rowerem nad jezioro.
4. Mini zoo, czyli mały bonus dla rodzin z dziećmi.
Wracamy na chwilę do Parku Zamkowego, bo jeśli wybieracie się do Żywca z dziećmi, jest tam jeszcze jedno miejsce, które warto dopisać do planu. Stajnia Miejska i Mini Zoo znajdują się na obrzeżach parku i bardzo lubię je właśnie dlatego, że nie przypominają ogromnych ogrodów zoologicznych z dużych miast. Jest małe, kameralne i bez całodziennego zwiedzania. Można zobaczyć między innymi konie, osiołki, kozy, króliki, owce, daniele, lamy, kangury oraz różne gatunki ptaków. Wstęp do Stajni Miejskiej i Mini Zoo jest bezpłatny.
Nasza córka zawsze bardzo lubiła tam zaglądać. Jeśli planujecie wizytę, przed przyjazdem najlepiej sprawdzić aktualne godziny otwarcia i ofertę dodatkowych zajęć, bo ta może się zmieniać. Warto też wiedzieć, że zwierząt nie można obecnie karmić własnym jedzeniem. Odpowiednią karmę można kupić na miejscu. Jeżeli Wasze dzieci kochają zwierzęta, a szczególnie konie, zdecydowanie warto tutaj zajrzeć.
5. Jeszcze jeden przystanek dla dzieci.
Niedaleko znajduje się również Centrum Rehabilitacyjno-Edukacyjne dla Dzieci. Przy nim mieści się bardzo fajna przestrzeń rekreacyjna z placem zabaw, który w moim skromnym rankingu jest jednym z przyjemniejszych miejsc dla dzieci w Żywcu.
Jeśli będziecie chcieli tam zajrzeć, najlepiej zrobić to wcześniej w ciągu dnia. Centrum działa od poniedziałku do piątku, a sekretariat jest czynny do godziny 16:00. Z mojego doświadczenia wynika, że po zakończeniu pracy placówki brama na teren ogrodu jest zamykana, dlatego nie zostawiałabym tego przystanku na późne popołudnie.
Można więc zrobić bardzo prosty rodzinny plan. Najpierw spacer po parku, później zwierzęta, trochę zabawy, a na koniec ruszyć w stronę rynku na coś dobrego.
A skoro już o czymś dobrym mowa…
6. Bistro rynek 19, na kawę, ciasto i obiad.
To miejsce polecałam Wam już wielokrotnie i nic się w tej kwestii nie zmieniło. Do Bistro Rynek 19 chodzimy od lat. Mają bardzo dobre jedzenie, świetną pizzę, dobrą kawę i pyszne ciasta. Ostatnio zamówiłam kurczaka z gnocchi w kremowym, parmezanowym sosie i był przepyszny. Nasza córka, jako największa rodzinna specjalistka od pierogów, wybrała oczywiście pierogi i również zatwierdziła. To jeden z tych adresów, przy których nie muszę się zastanawiać, gdzie pójdziemy coś zjeść. Po prostu idziemy.
7. Pizza, koc i zachód słońca na górze żar.
A teraz wyjeżdżamy już trochę poza sam Żywiec. Jeżeli macie samochód i wolny wieczór, zapiszcie sobie nasz sprawdzony patent: pizza na wynos, koc, Góra Żar i zachód słońca. Naprawdę nie trzeba komplikować życia. My robimy tak regularnie. Bierzemy pizzę, jedziemy na Górę Żar, siadamy i czekamy na zachód. Widoki są przepiękne, a kiedy niebo zaczyna zmieniać kolory, robi się naprawdę spektakularnie. Na górę można wejść pieszo albo wjechać kolejką, więc każdy może wybrać wersję odpowiednią dla siebie. Pizza z takim widokiem, uprzedzam, smakuje zdecydowanie lepiej.
8. A skoro już ruszyliśmy dalej, to Ochodzita.
Na koniec miejsce, o którym pisałam Wam chyba milion razy. I będę pisała dalej.
Karczma Ochodzita w Koniakowie. Jeżeli jesteśmy w Żywcu trochę dłużej i mamy możliwość wyskoczyć dalej, właściwie zawsze próbujemy tam pojechać. Uwielbiam to miejsce i nadal z pełnym przekonaniem je polecam. A skoro dotrzecie już w te okolice, możecie przy okazji zajrzeć również do Rancza Cieńków, o którym pisałam Wam już wcześniej.
I tym sposobem z kilku godzin w Żywcu bardzo łatwo robi się cały dzień gdzieś pomiędzy jeziorem, górami, dobrym jedzeniem i zachodem słońca.
Mam nadzieję, że ten mój mały „przewodnik-nieprzewodnik” okaże się dla Was przydatny podczas kolejnej wizyty w Żywcu. Jak już wspominałam, nie jest to lista miejsc do odhaczenia od A do Z ani gotowy plan na weekend, z którym należy biegać po mieście z mapą w ręku. Wręcz przeciwnie. Chyba bardziej niż do zobaczenia wszystkiego chciałabym Was namówić do zatrzymania się gdzieś na dłużej i zwyczajnego cieszenia się miejscem, w którym akurat jesteście. Mam wrażenie, że trochę za bardzo przyzwyczailiśmy się do podróżowania od atrakcji do atrakcji. Chcemy zobaczyć jak najwięcej, wykorzystać każdą godzinę, niczego nie przegapić, a czasami w tym całym planowaniu i odhaczaniu umyka nam samo przeżywanie miejsca. Dlatego kiedy przyjeżdżam do Żywca, staram się zwolnić. Chociaż prawdę mówiąc, chyba już nie tylko tutaj.
Sporo zmieniło się we mnie po narodzinach mojej córeczki. Zauważyłam to nawet podczas naszej ostatniej wizyty w Londynie. Plan przed wyjazdem był, delikatnie mówiąc, bardzo ambitny, ale rzeczywistość szybko go zweryfikowała. I wiecie co? Wcale nie było mi z tego powodu żal. Zamiast myśleć o miejscach, do których nie zdążyłyśmy dotrzeć, cieszyłam się, że jestem tam razem z nią. Że mogę pokazać jej miejsca, które kiedyś sama odwiedzałam na co dzień, i zobaczyć je trochę na nowo, tym razem jej oczami. I chyba właśnie o to w tym wszystkim chodzi. Nie o to, ile udało nam się zobaczyć, ale czy naprawdę byliśmy tam, gdzie byliśmy. I chyba właśnie o to w tym wszystkim chodzi. Nie o to, ile udało nam się zobaczyć, ale czy naprawdę byliśmy tam, gdzie byliśmy. No dobrze, zabrzmiało to trochę jak jedna z tych słynnych złotych myśli z „Kubusia Puchatka”, w których z pozornego masła maślanego ostatecznie wychodzi całkiem sporo sensu. Ale chyba wiecie, co mam na myśli. :)
A zanim już zupełnie się z Wami pożegnam, jestem bardzo ciekawa Waszych poleceń. Jeśli znacie Żywiec albo jego okolice, napiszcie mi w komentarzu o jednym miejscu, które koniecznie powinnam poznać. Może jest gdzieś piękna trasa, mała kawiarnia, niepozorny punkt widokowy albo zakątek nad jeziorem, o którym jeszcze nie wiem?
Bardzo chętnie wybiorę się Waszym śladem. A jeśli uzbiera się wystarczająco dużo nowych adresów, kto wie, może za jakiś czas powstanie druga część, tym razem z miejscami odkrytymi właśnie dzięki Wam.
Ściskam!
M.











Komentarze
Prześlij komentarz