PHOTO DIARY
Piątek, popołudnie. Za oknem pada już od dobrych kilku godzin. Z głośników wybrzmiewa moja jesienna playlista (po raz pierwszy - uznajmy to więc za prawdziwą inaugurację). W końcu usiadłam do podsumowania sierpnia, w co właściwie trudno mi samej uwierzyć, biorąc pod uwagę dzisiejszą aurę. Ale tak, dopiero co żegnaliśmy wakacje, a już jesteśmy niemal na półmetku września. Co oczywiście świadczy o mojej opieszałości (kolejny już raz z rzędu) w kwestii publikacji „Photo Diary”. Tym razem mam jednak solidne uzasadnienie - pęd życia wciągnął mnie bez reszty, więc patrząc z tej perspektywy, dobrze, że nie przyszło mi do głowy połączyć sierpnia i września w jednym podsumowaniu. :)
No dobrze, ale jaki właściwie był ten sierpień? Prawdziwą mieszanką i próbą utrzymania balansu między obowiązkami rodzicielskimi, zawodowymi a przyjemnościami. Gdzieś z tyłu głowy przez cały czas siedziała jednak myśl o nieubłaganie zbliżającym się wrześniu, nowym początku i wszystkich obawach, które się z nim wiązały. Zawsze staram się jednak patrzeć na wszystko z optymizmem i tym razem nie było inaczej. :) Zapraszam Was więc na kilka kadrów z minionych tygodni sierpnia. A tymczasem sama dalej próbuję poukładać tę nową rutynę.
Onętki lub też kosmosy – uwielbiam! To jedne z wdzięczniejszych kwiatów, które później dumnie zdobią kąty w moim domu.
Niezmiennie uwielbiam światło w naszym domu, ale to właśnie po nim najbardziej widać zmieniającą się porę roku.
1. Poranne zakupy na targu. // 2. Mój ulubiony kącik. // 3. Podziwiam tą zieleń za oknem. // 4. Mogłabym tak codziennie. Szkoda tylko, że ich sezon tak szybko dobiega końca.
Powrót do pilatesowej rutyny.
Uwielbiam to miejsce!
Szkoda, że wszystkie te pyszności nie zostają z nami na cały rok.
Zaraz po truskawkach – moja kolejna letnia wersja owsianki. Przy okazji jeszcze do lemoniady starczyło. Była tak pyszna, że nie zdążyłam zrobić jej zdjęcia ;).
1. Przystanek po kawę. // 2. Oby wrześniowa aura sprzyjała japonkom. // 3. Niby jeszcze lato, ale ja już widzę nadchodzącą jesień. // 4. No i wprowadziłam „Daily Look” (a to jest mój kamerzysta :D), ale nadal próbuję znaleźć złoty środek na jego opracowanie. Czy pozostawić tak jak jest, czy tylko na blogu. Jak byście wolały? Swoją drogą – na dniach pojawi się na blogu kolejny, więc już teraz Was zapraszam :)
Chyba nie skłamię jeśli powiem, że w tej sukience przechodziłam większość dni, kiedy nie padało.
1 i 3. To był nasz mały sierpniowy rytuał. Po przedszkolu ruszałyśmy do parku na spacer i porcję lodów śmietankowych. // 2. Ramki czekają aż ktoś je w końcu powiesi. // 4. Praca w moim domowym biurze wre.
Kilka z ostatnich stylizacji. A cały i zarazem pierwszy wpis „Daily Looks” znajdziecie tutaj – link.
Za tą małą czarną stoi całkiem ciekawa historia. Był rok 2017, a moja blogowa, nazwijmy to, „kariera” powoli się rozpędzała. Mieszkałam wtedy w Londynie i zostałam zaproszona na dni prasowe brytyjskiej marki Reiss, po których przygotowałam kilka postów na blog. W jednym z nich umieściłam linki afiliacyjne do ich sklepu i, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, wygenerowały one ponad £1500 sprzedaży. Bloga prowadziłam wtedy niespełna dwa lata, więc możecie sobie wyobrazić moją radość. :)
Kilka dni później dostałam maila od działu marketingu Reiss z informacją, że w ramach podziękowania chcieliby podarować mi kilka produktów z najnowszej kolekcji. Jednym z nich była właśnie ta czarna plisowana sukienka. Towarzyszyła mi później podczas wielu ważnych wydarzeń, między innymi na otwarciu sklepu Arket w Londynie (link), i do dziś noszę ją z ogromnym sentymentem.
Sukienka – REISS // koszyk – Wiklina Wnuk // okulary MANGO (stara kolekcja)
Niedzielny wypad do parku w Świerklańcu. Zdecydowanie moje ulubione miejsce na nasze wspólne spacery.
Koleżanki czekają na ziarna z kaczkomatu.
Mrożona kawa z bitą śmietaną – idealna na ochłodę.
1. Powoli do przodu. // 2. Mój kąt do pracy. // 3. To dla przypomnienia, że rzeczywistość to brudne talerze w zlewie. // 4. Takim go lubię najbardziej, pełen gości i pysznego jedzenia :)
Przez większość czasu moja kuchnia wygląda właśnie tak.
Ale w zamian za to powstają takie pyszności…
…którymi później delektujemy się w gronie najbliższych.
Od dłuższego czasu coraz większą wagę przykładam nie tylko do tego, co jemy, ale też do tego, czym sprzątamy, myjemy naczynia czy czego po prostu używamy na co dzień. Czytam składy, szukam prostszych rozwiązań i tam, gdzie mogę, staram się ograniczać rzeczy, których zwyczajnie nie potrzebujemy.
Wszystko zaczęło się od mojego taty, który jest w naszej rodzinie największym propagatorem zdrowego odżywiania. Początkowo trochę mnie w tę stronę popychał, a z czasem sama zaczęłam zwracać na to coraz większą uwagę. Dziś mięso, nabiał i jajka staramy się mieć swojskie. Latem część warzyw i ziół zbieram z własnego ogrodu, resztę dostaję od rodziny albo kupuję na targu. Robię własne soki, kompoty i lemoniady, coraz częściej piekę też coś w domu zamiast kupować gotowe słodycze. Z czasem podobne podejście zupełnie naturalnie przeniosło się również na kosmetyki i rzeczy, których używamy w domu. I tak doszłam do etapu, na którym świadomie wybieram nawet sól, proszek czy nabłyszczacz do zmywarki. :) Do sprzątania często używam octu i sody, a kupując kosmetyki czy środki czystości, coraz częściej odwracam opakowanie i sprawdzam, co właściwie znajduje się w środku.
Nie robię tego idealnie i zupełnie nie o perfekcję mi chodzi. Nie zamierzam też udawać, że zawsze wszystko robię sama, każdy produkt w naszym domu ma idealny skład, a zakupy zajmują mi pół dnia, bo analizuję każdą etykietę. :) Staram się po prostu wybierać najlepiej, jak potrafię. Czasami wymaga to trochę więcej czasu, ale z biegiem lat coraz mocniej czuję, że wolę wiedzieć, czym otaczam siebie i swoją rodzinę, niż wybierać wszystko z automatu. Może dla kogoś z Was będzie to dzisiaj mały impuls, żeby odwrócić opakowanie i po prostu przeczytać skład.
W drodze na pilates.
8 ;*
1. Znana kosmetolog poleciła mi ostatnio ten peeling. Podeszłam do niego z dużą rezerwą, ale bardzo pozytywnie zaskoczył mnie właściwie już po pierwszym użyciu. Skóra wyglądała lepiej, jej koloryt delikatnie się wyrównał, a całość wyglądała po prostu bardziej „świeżo”. Najlepszą rekomendacją będzie chyba jednak to, że podczas ostatniego spotkania ze znajomymi kosmetolożkami usłyszałam, że moja skóra ma naprawdę niezłe „glow”. :) // 2. Kosmosy. // 3. Poranna kawa. // 4. Gofry – w sam raz do kawy.
Skocznym krokiem na plac zabaw.
Content day. W ciągu jednego dnia przygotowujemy w Créama Studio materiał na tym razem aż dwa miesiące publikacji do przodu.
Uszczypnijcie mnie! Moja mała dziewczynka zaczęła szkołę.
Wakacje się skończyły, więc znowu wróciliśmy do naszych spacerów nad zalewem.
Długi spacer, pyszna kawa i coś do kawy… ;)
I tak powoli rozkręcać nam się będzie ta jesień. Z jednej strony trochę żal mi lata, z drugiej coraz bardziej cieszą mnie długie wieczory w domu, zapalone świece, gotowanie i powrót do rzeczy, na które przez ostatnie miesiące zwyczajnie nie było czasu. Mam też kilka planów na najbliższe tygodnie, zarówno tutaj na blogu, jak i poza nim, więc mam nadzieję, że kiedy już uda mi się ostatecznie odnaleźć w tej nowej rutynie, będę miała czym się z Wami podzielić. :)
A póki co dziękuję za Wasze odwiedziny tutaj. Widzimy się niebawem?
Ściskam!
M.


















Komentarze
Prześlij komentarz